Archiwum aktualności "lipiec 2011"

« powrót do archiwum

Archiwum aktualności "lipiec 2011"

strona: 5

II spotkanie z Panem Piotrem Snopczyńskim z cyklu „Osobowości z pasją”

 

29 czerwca w Przychodni po raz drugi odbyło się spotkanie ze znanym polskim himalaistą Piotrem Snopczyńskim. Te kilka godzin, które mogliśmy spędzić z panem Piotrem udowodniło nam po raz kolejny, że to człowiek niespotykanie skromny, serdeczny
i przede wszystkim mający pokorę do życia, bo aby móc realizować swoją pasję życiową czyli góry w największym formacie trzeba tą ową pokorę posiadać. Lecz nie tyle do życia, ale przede wszystkim do matki natury, która od dawien dawna rządzi się swoimi prawami.
Pan Piotr to osoba obdarzona niezwykłą aktywnością sportową. To przede wszystkim trener judo-posiadacz I dana, trener piłki ręcznej, starszy instruktor Ratownictwa. Dlatego dzięki jego różnorodnym zainteresowaniom mieliśmy możliwość obejrzenia cyklu filmów o tym jak można realizować swoje marzenia, pragnienia związane z górami, w jaki sposób aktywnie wypoczywają ci, dla których nie ma rzeczy niemożliwych w miejscach, o których nie przyszło nam nawet pomyśleć… np. Paraglajty na Mont Blanc, Rafting na rzekach Afryki czy jazda rowerem górskim po szczytach skał.
Jednym z takich wyczynów (bo inaczej nazwać tego nie można) był film o paraglajciarzach czyli osobach jednocześnie latających na paraglajtach i zjeżdżających na nartach z najwyższych czterotysięczników na świecie. W tym przypadku był to Mont Blanc. Film trwał 12 minut ( tyle samo co rzeczywisty zjazd) i przysporzył nam wszystkim zgromadzonym na sali niesamowitych doznań wzrokowych i emocjonalnych. Nie ma nic piękniejszego niż spełnianie swoich marzeń, pragnień, chociażby w tak ekstremalny sposób jak paraglajty, które pozwalają w pewnym stopniu poczuć się wolnym oraz dają możliwość częściowego zrealizowania największego marzenia człowieka- umiejętności latania…
Rafting – to inaczej spław rzeką na pontonach, lecz nie taki normalny, spokojny…To ekstremalne przeżycie, to możliwość pokonania swoich słabości, granicy strachu na najbardziej dzikich, nieprzewidywalnych rzekach świata. Woda to jeden z żywiołów nad którym człowiek nie miał nigdy kontroli i zawsze był bezbronny w obliczu jej poczynań. Rafting daje możliwość jej ujarzmienia a dla niektórych wyznacza nowe wartości w życiu … czyli życie.
Mountain -Bike – to jazda rowerem górskim po nieokiełznanych terenach górskich , podjazdach skalnych i zjazdach, specjalnie budowanych pomostach między skałami. To ogromne wzywanie bo trasy nie są łatwe nawet dla zapalonych narciarzy i snowboardzistów a co dopiero dla rowerzystów. Do takich wyczynów potrzebne są profesjonalne rowery górskie i przede wszystkim sporo odwagi, bo to co mieliśmy możliwość obejrzenia na filmie graniczyła z ludzkimi możliwościami. Ale przecież człowiek od zawsze udowadnia, że granic nie ma…
Osobowość Pana Piotra Snopczyńskiego na tyle inspirująca, że skłania nas do zorganizowania w przyszłości kolejnego spotkania. To intrygująca postać z ogromnym doświadczeniem niespotykaną pasją oraz niekończącą się duszą odkrywcy.

Spotkanie z człowiekiem gór – Piotrem Snopczyńskim

Najwyższe, najwspanialsze, po prostu H i m a l a j e

Osobowość z pasją; tym razem wydawało się, że to nobliwe określenie jest zbyt „ciasne” dla człowieka gór tak potężnych, że mówi się o nich „dach świata”. Prezes Leszek Grodziński, przestawiając himalaistę Piotra Snopczyńskiego, powiedział: dla niego góry są więcej niż pasją, to sposób na życie.
Tymczasem nasz gość nie zajmował się zdobytymi przez siebie szczytami najwyższych na świecie gór. Ledwie co wspomniał o organizowaniu prestiżowych Dni Gór w Świdnicy oraz pracy ratownika GOPR. Za to przybliżał nam obraz dnia codziennego uczestników wyprawy, ilustrując opowieść zdjęciami i filmami. I było to fascynujące; tak bardzo, że nie wiadomo kiedy minęły dwie godziny spotkania. Obserwowaliśmy więc, jak funkcjonuje w ekstremalnych warunkach dziewięciu uczestników polskiej ekspedycji na Broad Peak w Karakorum, dwunasty szczyt świata o wysokości 8047 m. Zdecydowali się na drogę pierwszych jego zdobywców – od zachodu, z lodowca Goldwin – Austin w rejonie Baltoro. Wybrali też na ten wyczyn porę zimową, rozpoczęli w grudniu zeszłego roku. A my dowiedzieliśmy się, że właśnie takie „lodowate” wspinaczki, stają się specjalnością polskich himalaistów.
Pobudka przy minus 40 st.C
Ktoś z kamerą wędrował od namiotu do namiotu, rankiem i to nie zbyt wczesnym. Bo temperatura musiała osiągnąć, możliwe jak tamte warunki, poziomy. Budząc uczestników wyprawy, pytał przy okazji o różne codzienne sprawy. Na przykład, czy preferują zmianę bielizny przed udaniem się na spoczynek. Piotr Snopczyński (na ekranie) zrobił nawet krótki wykład o dobroczynnych skutkach przebieranie się przed snem. Inny himalaista stwierdził, że od miesiąca nie ruszał tego, co ma na sobie. W każdym razie pod sufitem namiotów zawsze się coś suszyło. Bo zdobywcom bardzo doskwiera problem wilgotnych, przepoconych różnych części garderoby. Walczą zresztą o zachowanie minimum zasad higieny, urządzając np. co jakiś czas kąpiel w wyznaczonym namiocie, choć na zewnątrz jest mróz, tak przynajmniej ze dwadzieścia kilka stopni. I mogliśmy zobaczyć na ekranie, jak wygląda takie pluskanie.
Tam na wysokościach i przy wszechwładnym mrozie, najzwyklejsza czynność staje się jakaś inna i nierzadko trudno wykonywalna. Najbardziej nawet doświadczony uczestnik takich wypraw będzie ubierał się przed wyjściem na wspinaczkę przynajmniej pół godziny. Każda część jego stroju ma określoną rolę i miejsce, do tego przy ubieraniu nie można zbytnio się odsłaniać. Pamiętamy, jaka panuje tam temperatura. A potrzeby fizjologiczne? Zwykłe wysmarkanie nosa, wykonane nieostrożnie, grozi poważnymi odmrożeniami. Wiele jest zagrożeń, które nam „na dole” trudno sobie wyobrazić. Na przykład utratę apetytu, a nawet chęci zaspokajania pragnienia.
-Gdybym chciał urządzać turnusy dla odchudzających się, zabierałbym ich w wysokie góry. Zgubiliby wtedy sporo kilogramów. My też gubimy, pomimo wszystkich przeciwdziałań. – żartował Piotr Snopczyński. Dla wspinaczy takie chudnięcie jest niebezpieczne. Ich organizmy muszą być przygotowane na ogromny wysiłek, podejmowany w ekstremalnych warunkach. Dlatego sprawy wyżywienia są traktowane priorytetowo. W pobliżu obozowiska, również – głębiej w lodzie, gromadzi się wcześniej odpowiednie zapasy mięsa i innych produktów żywnościowych. Wynajęci tragarze wnoszą je razem ze sprzętem. Tego wszystkiego, czego potrzebuje ekspedycja jest tyle, że i dla jej uczestników pozostaje sporo do wniesienie. Do składu osobowego zostaje też dołączony miejscowy kucharz, specjalizujący się w gotowaniu dla wspinaczy. Od Polaków nauczył się m.in. smażyć placki ziemniaczane. Mimo to każdy uczestnik schudł bardzo.
Niebezpieczeństwo niosą też same warunki naturalne, panujące na tych wysokościach. Jeden z uczestników miał zator płucny i tylko dlatego, że szczęśliwie pogoda umożliwiła szybko transport powietrzny do szpitala, nie skończyło się to tragicznie. Odmrożenia przydarzają się najbardziej doświadczonym.
Można zapytać, po co oni siedzieli w tych ciasnych namiotach, dlaczego tylko ćwiczyli wspinanie się po „kawałkach” lodowca, dlaczego w ogóle męczyli się w tym obozowisku – zamiast ruszyć na Broad Peak? Bo trzymała ich tam pogoda. Czekali na odpowiednie warunki, cierpliwie dzień po dniu. Pewnego dnia wichura nawet porwała część obozu. Wreszcie wyglądało, że już można wyruszyć. Jednak i tym razem poprawa była krótkotrwała. Załamanie pogody uniemożliwiło atak na sam szczyt. Wyprawie tym razem udało się dotrzeć do tzw. przedwierzchołka, co też uznawane jest za sukces. Oglądając schemat tras na Broad Peak, można stwierdzić, że ten przedwierzchołek jest tak blisko szczytu, jakby tylko na wyciągnięcie ręki. Rozwaga i poczucie odpowiedzialności za życie swoje i innych sprawiły, że postanowili tym razem sobie odpuścić.
Cywilizacja się wkrada
Poczuć smak gór i przygody – dla wielu to marzenie życia. A jeżeli są chętni, to znajdą się i tacy, którzy im realizację pragnień umożliwią, za odpowiednią opłatą oczywiście. Dlatego u stóp tych najwyższych i najwspanialszych można całkiem zwyczajnie napić się piwa albo przenocować „na wysokościach” w schronisku, gdzie i elegancka łazienka jest w standardzie. Tylko że te góry nie dają się poskromić. W schroniska, położonym najwyżej na świecie, w pokojach trzeba było umieścić „gniazdka z tlenem”, co i tak nie pomaga gorzej przygotowanym fizycznie gościom. Co rusz ktoś tam zasłabnie.
Himalaje nie mają względów dla swoich fanów. Potrafią skryć się we mgłach na całe tygodnie. A oni na dole czekają, żeby choć nacieszyć oczy. Czekają, płacąc „ciężkie” pieniądze. Urlop mija, muszą wracać, a nawet jeden raz nie spojrzeli na szczyty.
Na zakończenie spotkania Piotr Snopczyński podarował naszej przychodni wspaniałe fotografie gór, a każdemu uczestnikowi – mniejsze fotki K 2 i Broad Peak. Obiecał też nam jeszcze jedno spotkanie.

„Prezent” na 8 Marca

Owacje na stojąco, bisy i najszczerszy podziw dla artystycznego kunsztu młodych muzyków – z takim przyjęciem spotkał się „prezent” na Dzień Kobiet, jaki zgotowano dla piękniejszej części zespołu Przychodni Piaskowa Góra (jak to się popularnie mówi).
Po tradycyjnych serdecznych życzeniach od prezesa Leszka Grodzińskiego, rozpoczął się koncert. Wystąpił zespół akordeonistów, wspomagany przez saksofonistę i dziewczynę grającą na keyboardzie. Nauczyciel młodych muzyków, Andrzej Hajduk również występował i w ogóle włączył się w zabawę. W wesoły nastrój wprawiał wszystkich Jerzy Gronowski, znany wałbrzyski aktor, który wykonywał popularne piosenki operetkowe i biesiadne, opowiadał dowcipy i dykteryjki oraz skutecznie zachęcał do wspólnego śpiewania. Zabrzmiały więc na wiele głosów „Szła dzieweczka…” i inne znane piosenki.
A młodzi muzycy naprawdę się spodobali. Wszyscy uczą się w Ognisku Muzycznym. Na akordeonie grają Kornel Czajkowski, Klaudia Rudnicka, Paweł Iżik, Damian Walasik i Roman Lechnio, który doszedł już do prawdziwej wirtuozerii. W jego wykonaniu np. „Oczy czarne” mogły zauroczyć słuchaczy. Razem z Romkiem występował jego młodszy brat Zbyszek, który kształci się w klasie saksofonu. To świetna muzykująca rodzina, bo, jak się dowiedzieliśmy, grali też na różnych instrumentach ojciec i inni starsi członkowie rodu. Na keyboardzie skoczny utwór wykonała Anna Kieroń.
Spotkanie było niezwykle sympatyczne. Aż trudno było rozstać się z artystami, dlatego też nie żałowali bisów i obiecali, że jeszcze wystąpią dla pracowników Przychodni Piaskowa Góra. A na zdjęciach z tej imprezy widać i młodych muzyków, i pląsającego ich opiekuna, i zabawiającego wszystkich aktora, i oczywiście uczestników spotkania.

Teatr – pasją, zawodowym przeznaczeniem; czy również szansą Wałbrzycha?

Kiedy w przedostatnim dniu marca spotkaliśmy się kolejny raz, by poznawać wspaniałe pasje, tym razem – dyrektor Danuty Marosz, kierowany przez nią wałbrzyski Teatr Dramatyczny szykował się do występów w Warszawie.
W czasie gdy na Wałbrzych sypią się zawinione i niezawinione powyborcze gromy, ta artystyczna prezentacja jest szansą pokazania, nie tylko stolicy, innej twarzy miasta.
Zresztą z opowieści naszej „Osobowości z pasją” wyłaniał się również obraz wałbrzyszan – niepokornych i nie takich znów łatwych do złamania przez przeciwności losu (ciosów ostatnie dwudziestolecie nam nie darowało, począwszy od likwidacji kopalń). Danuta Marosz, zanim w 2002 roku została dyrektorem Teatru Dramatycznego, przez wiele lat działała na Piaskowej Górze w instytucji kultury – wówczas Domu Spółdzielcy. Kiedy Spółdzielnia Mieszkaniowa „Górnik” zdecydowała pozbyć się tej placówki, przekonywała kogo trzeba, jaką stratą byłoby zaprzepaszczenie tego dorobku. Jej usilne starania miały decydujący wpływ na to, by „miasto”, jak to się mówi, przejęło Dom Spółdzielcy. Na jego bazie powstał Wałbrzyski Ośrodek Kultury.
Z satysfakcją wspomina czas aktywnej działalności: organizacji różnych Dni, festynów, konkursów itd. Przyznaje, że trochę jej niezręcznie oceniać obecną działalność WOK-u, ale z pewnością w tamtych czasach był bardziej otwarty dla różnych grup wiekowych. Tymczasem do wspólnych działań (za jej czasów) włączały się kolejne roczniki mieszkańców Piaskowej Góry, czasem bardzo niepokornych. Po tym etapie zawodowym pozostały jej liczne kontakty, wciąż ważne dla społecznika i działacza kultury. Bo kogo w młodości rozsadzała energia, a głowa pękała od pomysłów, ten w dorosłości z pewnością pozostanie interesującym człowiekiem. Danuta Marosz zna wielu takich ludzi.
Na głęboką wodę
Choć ceni ten piaskowogórski okres w zawodowej drodze, to chyba to, co miało dopiero nastąpić, uzna za prawdziwą przygodę życia.
– Wiedziałam, że kierowanie teatrem będzie rzuceniem na głęboką wodę, dlatego nie zdecydowałam się od razu, nawet początkowo zignorowałam propozycję. Było to w maju 2002 roku, podczas Dni Wałbrzycha, które dla pracowników WOK-u były jak zwykle kompletnym zakręceniem. Dopiero we wrześniu, po przemyśleniu sprawy, powiedziałam „tak”.
Objęła stanowisko dyrektora w sytuacji dla teatru wręcz tragicznej. Poprzednie kierownictwo odeszło skłócone. Bywa tak w specyficznym, artystycznym światku. Ambicje, emocje, kłopoty z samym sobą lub wiele innych przyczyn sprawiają, że utalentowani artyści i oddani instytucji organizatorzy nie znajdują wspólnego języka. Kończy się to dla tej placówki kultury katastrofą albo przynajmniej trzęsieniem ziemi.
Był początek sezonu 2002/2003, wałbrzyski teatr nie przygotowywał premiery, nawet nie miał żadnej – w planie. Aktorzy byli załamani, pozostali pracownicy czarno widzieli przyszłość, a „życzliwi” we Wrocławiu głośno mówili o likwidacji „chorej placówki”. Teatr Dramatyczny podlega pod Urząd Marszałkowski, więc takie głosy brzmiały bardzo niebezpiecznie.
Walcząc o utrzymanie teatru, wówczas już razem z reżyserem Piotrem Kruszczyńskim (późniejszym dyrektorem artystycznym), przywołała również argument z dziedziny społeczno-psychologicznej. Czy wałbrzyszanie, których po likwidacji kopalń w tamtym czasie gnębiło potwornie wysokie bezrobocie, mieliby jeszcze stracić teatr?
Do Wałbrzycha przyjechała wtedy młoda, i już wykazująca się artystycznymi sukcesami, reżyserka Maja Kleczewska. Jej pomysły na realizację „Lotu nad kukułczym gniazdem” zapaliły do pracy zespół. Pojechali do Stronia Śl. , żeby przyjrzeć się oddziałowi psychiatrycznemu. Reklamowali spektakl, jeżdżąc po Wałbrzychu pomalowanym na biało autobusem i szalejąc, jak prawdziwi wariaci.
Prasa pisała potem o cudzie. Spektakl otrzymał prestiżowe nagrody na Kaliskich Spotkaniach Teatralnych i szybko podbijał serca widzów. Od owej realizacji „Lotu…” rozpoczął się marsz Teatru od sukcesu do sukcesu. Tymczasem tu na miejscu wcale nie tak łatwo udawało się zyskiwać sympatię widzów i… okolicznych mieszkańców. Zrodził się więc m.in. pomysł urządzania dla tych ostatnich specjalnych spektakli, a dla wszystkich gorzej sytuowanych – akcji darowywania biletów przez tych bardziej forsiastych. Dzieje się tak do dziś, a z sąsiadami teatr zawsze trzyma sztamę. Niedawnych przy ich poparciu podjął starania o rewaloryzację kwartału wokół teatru. Złożono już stosowne wnioski.
Tymczasem w Urzędzie Marszałkowskim we Wrocławiu, po jakimś czasie od dramatycznej zapaści naszego teatru, na honorowym miejscu zawisł plakat zawsze z jego aktualnym repertuarem. A krytykowi teatralnemu, któremu wypsnęła się nieszczęsna propozycja likwidacji, co rusz ktoś to wypomina, z dużą dozą zgryźliwości.
Czas sukcesów
Przez lata dyrektorowania Danuty Marosz wałbrzyski Teatr Dramatyczny wyrósł na znaczącą w kraju instytucję kultury. Był miejscem startu, znaczących w następnych latach twórców, choćby reżysera Jana Klaty To prawda, że w przeszłości bywały okresy twórczych sukcesów, ale nigdy Teatr nie doszedł do takiej pozycji. Jeździ po świecie, bierze udział (z sukcesem) w prestiżowych konkursach i festiwalach. U siebie zyskał już stałe grono widzów. Takich, co nie ominą żadnej premiery, ani debaty na poruszane w sztukach tematy. A pozostali wałbrzyszanie, również tacy, którym czasem trochę nie po drodze z obecną linią artystyczną, też nie wyobrażają sobie, by w ich mieście mogło nie być „Dramatu”. W tym miejscu trzeba dodać, że Sebastian Majewski, aktualny dyrektor artystyczny (przejęcie pałeczki od Piotra Kruszczyńskiego odbyło się bez żadnych zgrzytów, o czym z szacunkiem mówią m.in. współpracujący reżyser Monika Strzępka i autor Paweł Demirski) widzom stawia wysoko poprzeczkę.
Nasz Teatr Dramatyczny bardzo liczy się na „kulturalnej” mapie Polski. I znów rodzi się pytanie, jak wtedy gdy np. fascynowały nas skarby wałbrzyskiego muzeum, dlaczego z miastem nie kojarzy się również Teatr i jego sukcesy?
Przez kilkanaście dni warszawska publiczność miała okazję oglądać wałbrzyskie pozycje repertuarowe. To był prawdziwy festiwal naszego Teatru. Do tego artyści w różny sposób starali się podkreślać, że są stąd – z regionu latami związanego z kopalniami. Widownię zdobiły m.in. manekiny w stylizowanych mundurach i strojach górniczych, a swoisty nastrój podkreślał smak cukierków „kopalniaków”, rozdawanych publiczności.
Danuta Marosz opowiedziała trochę o swojej rodzinie. Nie jest jej obca tęsknota za dorosłym dzieckiem, które zagranicą widzi swoją karierę. Mimo tak dużego zaangażowania w pracę zawodową, znajduje jeszcze czas na działalność samorządową. W ostatnich wyborach kolejny raz otrzymała mandat radnej Rady Miasta. Kiedy zaś sama rozważała głośno, co jest jej największą pasją…
– Z pewnością niepoddawanie się wielkim nawet przeciwnościom i poczucie odpowiedzialności. – podsumowała Danuta Marosz.
Prezes Leszek Grodziński wręczył gościowi kosz kwiatów i zapowiedział naszą wizytę w Teatrze Dramatycznym, zajrzymy na jego zapleczu i to w czasie „roboczym”, przygotowywania kolejnej premiery.

Z wizytą w muzeum – naprawdę nie wiemy, co posiadamy!

Tym razem to my złożyliśmy wizytę jednemu z bohaterów cyklu spotkań „Osobowości z pasją”. Początkowo mogło się wydawać, że do wałbrzyskiego Muzeum jesteśmy zapraszani trochę na zasadzie kurtuazji. Jednak to nie z dyrektorem Markiem Stadnickim „takie numery”; w umówionym dniu czekał na pracowników Przychodni Piaskowa Góra. Wybrała się dość liczna grupa, a przecież wiadomo, jak trudno im wygospodarować nieco wolnego czasu.

Już sama siedziba wałbrzyskiego Muzeum może zafascynować. Tyle przecież usłyszeliśmy od Marka Stadnickiego o dawnym pałacu Albertich podczas pierwszego spotkania. Szacowna muzealna placówka wprowadziła się tu w 1926 roku, po latach działalności w jednej z kamienic w Rynku. Założyło ją bowiem w roku 1908 Towarzystwo Miłośników Starożytności. Z tamtego niemieckiego okresu zachowało się wiele interesujących eksponatów. Na przykład plastyczna mapa gór otaczających Wałbrzych. Po wyzwoleniu została uaktualniona polskimi nazwami i do dziś stanowi atrakcję działu mineralogii. A w kolejnych gablotach – skarby tej ziemi i ciekawostki odkryte podczas eksploatacji złóż węgla. Odciski karbońskich paproci zawsze robią wrażenie.
Tymczasem dyrektor Stadnicki zwrócił uwagę na to, z czego szczególnie jako wałbrzyszanie powinniśmy być dumni. Mamy w naszym muzeum największe znane zbiory porcelany śląskiej. Wzięło się to stąd, że obie powstałe w pierwszej połowie XIX wieku fabryki Tielscha i Kristela przez lata należały do wiodących w Europie wytwórców porcelany, pod względem stosowanych tu rozwiązań technicznych, jak również – urody gotowych wyrobów. Było więc co zbierać i pieczołowicie przechowywać.
– Dlaczego nie mówimy o tym głośno, dlaczego te wspaniałe zbiory nie są wizytówką Wałbrzycha? Unikalne na skalę światową i tak cenne.. – z mocą przekonywał dyrektor Stadnicki.
Zresztą trudno byłoby nie przyznać mu racji, podziwiając niezwykłe porcelanowe cacka. Wszystkie są piękne: od tych przeznaczonych do używania na co dzień po przedmioty kunsztowne, chrzcielnicę na przykład albo wazon. Czy przy całej współczesnej technice ceramicy umieliby dziś wykonać takie zdobienia na porcelanie, że płatki kwiatów wyglądają tak, jakby dopiero co zwinęły się w  kolorowe rurki, a ptaki – jakby wciąż trzepotały skrzydłami? Tak fantastycznie przystrojone wazony, patery i inne naczynia można oglądać w naszym Muzeum. A ich kształty! Choćby filiżanki wzorowane na mini wazy greckie. W zbiorach zachowały się również projekty wzorów kalkomanii. I znów zachwycamy się kunsztem dawnych mistrzów.
Wśród muzealnych skarbów nie tylko porcelana może stanowić przedmiot dumy wałbrzyszan. Zaryzykuję twierdzenie, że nieliczna grupa zwiedzających wiedziałaby jaką dziś wartość przedstawiają sympatyczne widoczki okolic Wałbrzycha. Dociekliwsi spróbują ustalić, co to za miejsce i jak się po tylu latach zmieniło. Jeżeli zaś wędrujemy przez muzeum w towarzystwie jego dyrektora, to zwróci nam uwagę na kolejny skarb. Jednym z autorów owych landszaftów jest Sebastian Carl Christian Reinhardt, nadworny cesarski malarz, którego zadaniem w owym czasie było dokumentowanie wyglądu poszczególnych zakątków wielkich cesarskich włości. Wiadomo, że do tej funkcji władca nie wybrałby pośledniejszego artysty, więc obrazy choćby z tytułu jego pędzla mają już swoją wartość, ale liczy się też oryginalność pomysłu. Jednak, jak to się mówi, wiatr historii rozrzucił je po świecie. Cztery – trafiły do Białego Domu w Waszyngtonie, trzy – można oglądać w Berlinie, a wałbrzyskie Muzeum ma ich aż… siedem.
Czekała nas jeszcze niespodzianka. W sali wystaw czasowych specjalnie dla nas pozostawiono dzień dłużej ekspozycję zbiorów Albrechta Heselbacha, człowieka różnych profesji, ale przede wszystkim zapalonego kolekcjonera. Zobaczyliśmy „Dawne widoki Śląska” i w tak nobliwej scenerii podyskutowaliśmy jeszcze przy filiżance kawy, m.in. o tym z czego wałbrzyszanie naprawdę powinni być dumni i umówiliśmy się znów na kolejne spotkanie.