Archiwum aktualności "marzec 2012"

« powrót do archiwum

Archiwum aktualności "marzec 2012"

strona: 4

8. Marca – Pięknie i śpiewająco

W Przychodni Piaskowa Góra również świętowano 8 Marca, podobnie jak w latach poprzednich. Bo – zapewniał prezes Leszek Grodziński kobiecą część personelu – zawsze o Was pamiętamy. W prezencie dla nich odbył się koncert ze wspólnym śpiewaniem w drugiej części. Następnie można było zasięgnąć profesjonalnych porad w dziedzinie dbania o urodę. Tylko napięty harmonogram dnia pracy nie pozwalał wszystkim paniom jednocześnie zgromadzić się w sali dydaktycznej, ale „wymieniały się” albo przychodziły choć na chwilę.

Zaczęło się od tradycyjnych życzeń, wzbogaconych złotymi sentencjami pewnego cenionego psychologa społecznego. Panie usłyszały więc m.in., że nie należy myśleć o niepowodzeniach ani trwonić sił na niepotrzebne myśli, niezwiązane z realizowanym właśnie zadaniem.

Nie wiem, czy powinien cytować i tę zasadę – naucz się odprężać w czasie pracy… – zawahał się na zakończenie prezes Leszek Grodziński.
Potem zaś, razem z Jerzym Gronowskim i przy akompaniamencie Stelli Wesołowskiej na keyboardzie, zaśpiewał znany przebój Grechuty – Będziesz zrywać kwiaty, będziesz się uśmiechać…

W tak sympatycznym nastroju rozpoczęła się następna część spotkania. Jerzy Gronowski przypomniał stare, ale jakże chwytające za serce przeboje. Było więc m.in. „Całuję twoją dłoń, madame” i frywolne – Czy pani mieszka sama”. Następnie było wspólne śpiewanie i to wcale nie takie sobie mruczando czyli kto pamięta słowa, ten coś nuci. Panie otrzymały kartki ze słowami piosenek, była mini próba i podział na „chóry”. Śpiewano wesołe i popularne pieśni ludowe. Potem – takie różne, związane ze spotkaniami towarzyskimi i turystycznymi rajdami.

Był jeszcze jeden prezent – spotkanie ze specjalistkami od urody. Można było dowiedzieć się na przykład, jakim typem cery obdarzyła nas natura i co w związku z tym szkodzi nam lub pomaga. Zaprezentowano, jak profesjonalnie zrobić makijaż i w ogóle, jak pielęgnować, upiększać – słowem dbać o cerę i „okolice” twarzy. Dużym zainteresowaniem cieszyły się próbki kosmetyków. Studiowano też najnowszy katalog. Takim właśnie sympatycznym oderwaniem od codziennych spraw, przynajmniej na chwilę, spędziły panie z Przychodni Piaskowa Góra przeddzień swojego święta.

Na zdjęciach: Życzenia od prezesa, koncert i wspólne śpiewanie. Następnie podglądanie spotkania w sprawach urody.

Spotkanie wigilijne

Czy nasze kolędy nie są najpiękniejsze? A pastorałki – skoczne i pełne humoru, że aż nie wypada tak frywolnych pieśni śpiewać w kościele – czy nie są niezwykłą naszą świąteczną „specjalnością”? Pracownicy Przychodni Piaskowa Góra mieli okazje przekonać się o tym raz jeszcze, słuchając Jerzego Gronowskiego. Towarzyszyła mu Stella Wesołowska na keyboardzie.
Było to tuż przed Świętami Bożego Narodzenia. Bo miły jest zwyczaj spotykania się przed wigilią w szerszym gronie ludzi, związanych pracą zawodową lub inną działalnością.
– Jesteśmy już prawie, jak wielka zawodowa rodzina, stwierdził prezes Leszek Grodziński i przy tej uroczystej okazji przypomniał też, że w 2012 roku czekają pracowników Przychodni Piaskowa Góra poważne zadania.
– Powinniśmy być postrzegani nie tylko jako typowa przychodnia, gdzie „zachodzi się” kiedy wystąpią jakieś dolegliwości. Chodzi o różne formy propagowania dbałości o własne zdrowie, począwszy od rozmów na ten temat z pacjentami po przekonywanie nawet w czasie spotkań towarzyskich znajomych i rodziny. Przychodnia już prowadzi akcję prozdrowotną w mediach. Systematycznie w telewizji lokalnej krótkie wystąpienia ma jedna z naszych lekarek.– informował „zawodową rodzinę” prezes. (więcej…)

„Szlachetna paczka” – również od nas

Kiedy w mediach słychać o rekordowych wynikach tegorocznej akcji „Szlachetna paczka”, pracownicy Przychodni Piaskowa Góra mogą również uśmiechnąć się z satysfakcją. Bo w tej wielkiej, międzynarodowej „Szlachetnej paczce” jest cząstka ich darów.
Jedna z najmłodszych pracownic, Katarzyna Pokojska – „pani z rejestracji ogólnej” chciała tylko poprosić przełożonych o pozwolenie na powieszenie plakatu, informującego o tej akcji. Od niedawna działa w Stowarzyszeniu „Wiosna”, które m.in. opiekuje się rodzinami w trudnej sytuacji życiowej i materialnej, z oczywistych względów uczestniczy w akcji „Szlachetna paczka”. Chciała więc pani Kasia, w ramach obowiązków wolontariuszki, rozpropagować zbiórkę wśród odwiedzających przychodnię. Sama miała już okazję poznać problemy ludzi, którym świat się zawalił. Jej podopieczną jest samotna matka z trójką dziewcząt. Stowarzyszenie zleciło wolontariuszce zbadanie warunków życia tej rodziny, następnie rozpoczęło dostarczanie paczek z odpowiednimi produktami.
– Dzieci pilnie potrzebowały ciepłych rajtuzków. Ile to było radości, kiedy im to przyniosłam. Paczkę na Święta też mają zapewnioną. Ta rodzina jest objęta pomocą przez stałych ofiarodawców, którzy ją wybrali i zobowiązali się do tego. – wyjaśnia Katarzyna Pokojska.
Pomożemy
Kiedy w przychodni usłyszano, o co chodzi… Plakat – to zdecydowanie zbyt mało. Okazało się, że na liście potrzebujących Stowarzyszenia „Wiosna” pozostała jeszcze rodzina z okolic Wałbrzycha i właśnie do niej trafi „Szlachetna paczka” Przychodni Piaskowa Góra.
– Wypytaliśmy o wszystko: co to za ludzie i przede wszystkim czego potrzebują. Żeby nasza pomoc była możliwie najbardziej „trafiona” – podkreśla naczelna pielęgniarka Agnieszka Sznajder, która zajęła się organizacją zbiórki.
Trwało to krótko dwa – trzy dni. Informacja nie zdążyła dotrzeć do wszystkich pracowników, ale i tak efekty przerosły wszelkie oczekiwania! Zaskoczony był każdy, kto w piątek 9 grudnia znalazł się w południe w świetlicy, choćby przynosząc dary, zebrane wśród grona współpracowników. W wyznaczonym czasie szybko zapełniały się zsunięte stoły. Wreszcie powstał spory stosik.
Zebrane towary powinny szczególnie przydać się tej rodzinie. Rodzice przyznali, że nie mają ciepłych kurtek. I takie właśnie zostały zakupione ze środków Przychodni Piaskowa Góra, podobnie – czajnik bezprzewodowy i żelazko (te, które dotąd używali, zepsuły się definitywnie). Na stołach znalazły się jeszcze, ofiarowane przez pracowników, trwalsze artykuły żywnościowe – w tym słodycze, różne herbaty, sporo kawy, szlachetną wędlinę w folii też zauważyłam i wiele innych rodzajów żywności. Jak na ludzi „w bieli” przystało, szczególną uwagę ofiarodawcy zwrócili na środki piorące i te – do utrzymania czystości. Znalazły się więc doskonałe proszki do prania, świetne pasty do zębów itp. Wiadomo, że w rodzinie jest trójka nastolatków. Wśród darów nie było zatem zabawek, ale puchate misie z pewnością ucieszą nawet większe dzieci.
Wszystko to miało zostać zapakowane do kartonowych pudeł i następnego dnia – odebrane przez przedstawicieli Stowarzyszenia. Czy będzie to jednorazowa przedświąteczna akcja? Prezes Leszek Grodziński, również zaskoczony rozmiarami odzewu, zapowiada „poważne przemyślenie sprawy” . Zapewne na tym się nie skończy, bo ludzie z Przychodni Piaskowa Góra naprawdę mają wielkie serca!

Na zdjęciach – rejestracja, jak rośnie stos darów i jak działają przy tym ludzie. Układają, porządkują. Pani Kasia, z kilka torbami w ręku aż stanęła zadziwiona, ile to ofiarowali jej koledzy i koleżanki.

Wspomnienia dawnej świetności

Jak wspaniała była niegdyś nasza piłka nożna! Pamiętacie, jak wtedy podczas transmisji pustoszały ulice miast? Przed telewizorami zasiadali wszyscy, nawet ci, których na ogół to nie interesowało. Zresztą któż odważyłby się przyznać do braku takich zainteresowań.
Wśród wałbrzyszan jest świadek i uczestnik tamtych sportowych wydarzeń – Marian Szeja. Mówią o nim – ikona wałbrzyskiego sportu (i pewnie nie tylko – wałbrzyskiego). Przez trzynaście sezonów bronił zielono – czarnych barw naszej drużyny, najlepszej – w dotychczasowej historii naszego miasta. Autor wywiadu-rzeki, opublikowanego w „Tygodniku Wałbrzyskim” w 2010 roku podaje, że Marian Szeja wystąpił w 129 spotkaniach w pierwszej lidze. Później grał we francuskich drużynach FC Metz i AJ Auxerre, które w czasie jego „kadencji” awansowały do pierwszej ligi. Był też wcześniej powołany do reprezentacji Polski i rozegrał w drużynie narodowej 15 oficjalnych spotkań. Wpuścił zaledwie sześć bramek. Autor wywiadu – Piotr Zdanowski stwierdza, że to jeden z najbardziej utytułowanych wałbrzyskich bramkarzy. Ma również złoty medal olimpijski z igrzysk w Monachium w 1972 roku.
Wspaniały niegdyś sportowiec obecnie dość często odwiedza naszą przychodnię – jako pacjent, jest do nas „zadeklarowany”. Zmusza go do tego stan zdrowia. Tym razem jednak przyszedł zupełnie w innym charakterze. Był bohaterem spotkania Osobowości z pasją.
– Sportowca jeszcze nie gościliśmy – stwierdził prezes Leszek Grodziński – i to takiej miary!
Kiedy zaś spotkanie dobiegało końca, niektórzy zaczęli również wspominać. Okazuje się, że w wielu z nas wciąż tkwi zapalony kibic i gdyby tylko zmieniła się sytuacja na stadionach, znów wiernie nie opuściliby żadnego meczu. Dzielili się więc z gościem refleksjami: dlaczego niegdyś można było z dzieckiem pójść na mecz, a teraz trudno się na to odważyć nawet samemu. W tej dziedzinie tak dużo mamy do odrobienia.

Gdzieś na Górnym Śląsku

Marian Szeja jest skromnym, na pozór niczym nie wyróżniającym się człowiekiem… tylko ten stolik obok niego, gęsto zastawiony prestiżowymi sportowymi trofeami, stanowiącymi zaledwie część tego, co ma w domu – świadczy z jakiej miary sportowcem się spotkaliśmy.
A wszystko zaczęło się od pierwszych sportowych kroków w Kędzierzynie- Koźlu, dokąd przybył razem z rodzicami z rodzinnych Siemianowic. Wciąż, mimo historycznych podtekstów, wzruszającą pamiątką jest fotografia, którą „wyświetlił” nam z komputera. Był to rok 1951, Marian Szeja jako mały sportowiec z ukochaną piłką, w tym momencie w ręku, maszerował w pochodzie pierwszomajowym pod ogromnym portretem wąsatego przywódcy oficjalnie bratniego mocarstwa. Ta fotografia przypomina mu pierwsze treningi, pierwszego trenera, pierwsze sportowe przeżycia.
Na następnych fotografiach z rodzinnego archiwum jest już dorosły. Znów piłka i drużyna, tym razem reprezentująca wałbrzyski sport. Do naszego miasta przyjechał w 1960 roku, sprowadzony przez kopalnię „Thorez”. Pamiętacie tę najbardziej chyba reprezentacyjną z wałbrzyskich kopalń, z bramą główną na trasie do Białego Kamienia i z wieżami wyciągowymi o dziwnych kształtach (właśnie ich historyczna unikalność w przełomowych latach końca XX wieku w znacznym stopniu przyczyniła się do uznania kopalni za zabytek techniki), a tłumy górników o charakterystycznych czarnych obwódkach wokół oczu, napierających na przystanku na autobusy? Kopalnie były przez lata liczącym się sponsorem sportowych drużyn. Kiedy ludzie o podczernionych oczach znikli z przystanków, a dawny „Thorez” obsługuje tylko turystów, „coś” stało się też z wałbrzyską piłka nożną.
Wtedy nikomu nawet by się nie przyśnił taki upadek sportu. Marian Szeja rozpoczynał właśnie grę w III ligowym KS Thorez , późniejszym GKS Zagłębie Wałbrzych, który to w niedalekiej przyszłości okazał się pierwszym dolnośląskim klubem występującym w europejskich pucharach. Na początku lat sześćdziesiątych trzeba było jednak trenować na boisku przy ul. Dąbrowskiego, takim – o nawierzchni żwirowej.
– Mówią, że człowiek ma siedemnaście skór, więc ja pewnie szesnaście – zdarłem na tym boiskowym żwirze. – podsumowuje ten okres w swoim sportowym życiu Marian Szeja.

Dobrze grać

Kiedy w lipcu 1964 roku klub awansuje do drugiej ligi, wałbrzyski zawodnik zostaje powołany do kadry młodzieżowej, a następnie – do pierwszej reprezentacji. Wspominając po latach ten okres, w wywiadzie prasowym Marian Szeja powiedział, że aby utrzymać się w reprezentacji przez 8 lat, trzeba było wszystkie mecze dobrze grać. Tylko tyle i aż tyle! Jednocześnie grał w Zagłębiu, które również pięło się do góry.
Występując wśród kadrowiczów, zetknął się z zawodnikami najlepszymi w dziejach naszej piłki nożnej, zresztą nie tylko – naszej narodowej. Na przykład stwierdza z satysfakcją, że słynny Pele jemu żadnego gola nie wbił. Grali naprzeciw siebie na największym stadionie świata – brazylijskim Maracana. Trybuny, mogące wg ówczesnych danych pomieścić 200 tys. widzów, były prawie pełne. Pojemność stadionu bywała różnie podawana w poszczególnych latach. Obecnie – ma być zdecydowanie mniejszy. Wtedy mecz był przegrany, ale gole puścił jego zmiennik.
W tamtych latach pisano o nim – legendarny bramkarz, który powstrzymał Anglię w Liverpoolu w 1966 roku i nie dał się pokonać Niemcom w Hamburgu w 1971 roku, (wynik bezbramkowy). Zainteresowanych odsyłam do przywoływanego tu wywiadu-rzeki w „Tygodniku Wałbrzyskim” , gdzie szczegółowo jest przedstawiona historia niezwykłego sportowca.
Fotografie z tamtych wydarzeń przeszły już do historii. Tego naszego wieczoru -spotkania Osobowości z pasją, mieliśmy okazje niektóre z nich obejrzeć je raz jeszcze. I posłuchać, choćby dlaczego nasz bramkarz, u szczytu formy, zaczynał częściej niż bronić siedzieć na ławce rezerwowych. Zadecydowały osobiste sympatie trenera Górskiego. Marian Szeja dzisiaj również niewiele nad tym się rozwodzi, wtedy zaś po prostu wybrał grę w drużynie francuskiej.
Były duże sukcesy sportowe i uznanie Francuzów, nawiązały się też przyjaźnie. Kiedy już po zakończeniu kariery pan Marian miał bardzo poważne problemy z kolanem i groziła mu wręcz niepełnosprawność. Przyjaciele z Francji powiedzieli: przyjeżdżaj i o nic się nie martw, możesz nie mieć nawet franka w kieszeni. Była operacji, długa rehabilitacja i powrót do zdrowia. Na pamiątkę pozostało zdjęcie pana Mariana z nogą w gipsie. Synowie urządzili się we Francji. Tylko żona nie chciała emigrować. Kiedy pan Marian został sam, jakoś też stracił ochotę na przeprowadzkę. Chętnie odwiedza we Francji dorosłe dzieci, ale lubi wracać do siebie.
Czasem skorzysta z zaproszenia wałbrzyskiej szkoły im. Olimpijczyków. Sięgnie wtedy do zbioru pamiątek i powspomina. Oprócz Złotego Medalu Olimpijskiego ma m.in. medal „Honorowego Obywatela Miasta Wałbrzycha” medal zasłużonego dla Auxerre i puchar na piękne zakończenie kariery i wiele, wiele innych.

Znowu wyruszyliśmy w góry…

Bardzo wysokie… Mieliśmy okazję je odwiedzić, słuchając wspomnień z kolejnej wyprawy Marcina Pokory. Okazało się, że w pewnym sensie my też tam byliśmy. Na zdobytych szczytach rozpościerał flagę „Przychodni Piaskowa Góra”.

Tak, tak, był już bohaterem wieczoru „Osobowości z pasją”. Opowiadał nam wtedy, jak realizował swoje wielkie marzenie – zdobycie Mont Blanc…

– Tamta góra ofiarowała mi możliwość sprawdzenia siebie. Monte Rosa dała wszystko, co podczas takich wypraw przeżywają alpiniści. – wyjaśniał pan Marcin.

„Wszystko”, które wyłaniało się z jego opowieści to było nieludzkie zmęczenie (on – wuefista cały czas cierpiał z powodu zakwasów mięśni i to jak cierpiał! Każdy krok sprawiał ogromny ból), to był niedobór snu z powodu konieczności wyruszania w trasę niemal w środku nocy i męczące pragnienie – bo nie sposób było zabrać ze sobą wystarczającej ilości picia, wreszcie – brnięcie przez ogromne obszary szarej bryi topniejącej wierzchniej warstwy lodowca i do tego to najważniejsze – oszałamiające piękno gór. Uczestnicy spotkania nie mieli wątpliwości, że to co oglądają na ekranie – filmy i fotografie z wyprawy stanowi tylko drobną namiastkę prawdziwego obrazu tamtej podniebnej krainy.

Monte Rosa również w opisie internetowym prezentuje się imponująco. Znalazłam taką prezentację: „oślepiająca i zniewalająca ogromem – jest najpotężniejszym masywem w Alpach Walijskich. Chociaż Mont Blanc ją przewyższa, Monte Rosa zajmuje znacznie większy obszar i jest największym masywem w Europie Zachodniej. Po szwajcarskiej stronie jest ona „festiwalowo” przybrana w nabrzmiałe fale lodu z lodowców, które zaczynają się tuż pod grzbietem szczytu. Kontrastowo, włoska strona masywu prezentuje fasadę groźnych przepaści, przekraczającą granice ludzkiego pojmowania.” W tej krainie „ulokowało się’ dziesięć czterotysięczników, z najwyższym szczytem– Dufourspitze (4634 m ). I właśnie on, to oczywiste, stał się jednym z celów drugiej wyprawy życia Marcina Pokory.

Monte Rosa w obecnej chwili zdaje się być połączeniem najwyższych osiągnięć naszej cywilizacji z wciąż nieujarzmioną przyrodą. Tutaj zbudowano najwyżej położone w Europie schronisko górskie – Capanna Regina Margherita. Pan Marcin miał okazje je odwiedzić, a nam zaprezentował fotografie. W wysokogórski krajobraz wkomponowana konstrukcja szkła i metalu, z dużymi powierzchniami baterii słonecznych; pod wieloma względami schronisko jest samowystarczalne, inne produkty są dostarczane drogą powietrzną. Nie brakuje tam również łączności internetowej. I po cóż współczesny człowiek wspina się na takie wysokości, by nawet tam nie być wolnym od podstawowych atrybutów cywilizacji! Natura jednak pokazuje swoją wyższość i nocleg w tym schronisku może nie należeć do przyjemności z powodu dolegliwości wywołanych przebywaniem na dużej wysokości.

Oprócz luksusowego schroniska masyw Monte Rosa posiada wiele przydatnych turystom i wspinaczom schronisk i miejsc biwakowych. Strony internetowe wyliczają ich około dwudziestu. Pan Marcin opowiedział o niektórych zwyczajach panujących na szlaku. Największym wstydem wśród ludzi gór jest ugrzęznąć tuż przed szczytem, w danym momencie bez możliwości powrotu, i konieczność nocowania w awaryjnym schronie. Zatrzymać się w nim, odpocząć to jest w porządku, ale spać – to prawdziwy dyshonor. Choć w pewnych sytuacjach taka decyzja ratuje życie i przecież po to takie schrony tu zbudowano. Kto więc awaryjnie zanocował, jest później narażony na gwałtowną pobudkę. Funduje ją kolejna grupa, która wybrała się zdobywać ten szczyt. Walenie w drzwi, głośne pokrzykiwania należą do dobrego tonu. Pechowcom niczego się nie darowuje. Ponieważ zdobywcy szczytów wyruszają jeszcze w nocy, więc niewielkie są szanse, by zebrać się przed nadejściem innej grupy. Pan Marcin przyznał, że również walił w drzwi schronu i gromko pokrzykiwał „pobudka”.

Na trasach zaś panuje niemal tłok. Widzieliśmy na fotografiach mijające się grupy nie tylko na lodowcu, ale i gdzieś na wysokościach. Mimo takiej popularności góry nie utraciły nic ze swojej mocy. Dlatego lider grupy gratulując na Dufourspitze tym nielicznym, którym udało się dotrzeć, przypominał, że trzeba jeszcze wrócić, a to bywa bardziej niebezpieczne niż pierwsza część wyprawy. Na ten najwyższy szczyt z sukcesem wybrał się z sześcioosobowej grupy, oprócz Marcina Pokory jeszcze jeden uczestnik. Mimo że wszyscy byli odpowiednio przygotowani i mieli już za sobą wysokogórskie doświadczenia. Bo góry są surowe i wymagające. Z tej wyprawy pan Marcin wrócił sześć kilo szczuplejszy, a profesjonalne rękawiczki na strzępy podarły się na linach, których musiał się trzymać. Sporą cześć trasy pokonywano tak właśnie. Wciąż groził też upadek w przepaść i dlatego uczestnicy wyprawy byli połączeni linami. Na hasło „lecę” , trzeba było szybko i właściwie reagować – „polecieć” w przeciwną stronę niż wołający. Na trasie w ogóle nie trudno o wypadek. Choćby próbując wbić się w lodową powierzchnię – taką o konsystencji asfaltu, łatwo skaleczyć się czekanem. I właśnie to przytrafiło się panu Marcinowi. Boląca łydka nie ułatwiała zmagań z naturą.
Czy mogłoby to wszystko zniechęcić człowieka gór? W odpowiedzi Marcin Pokora zwierzył się nam ze swoich marzeń. Zaczął już przygotowania do wyprawy na Elbrus, najwyższy szczyt Kaukazu.

A pamiątki z wyprawy – miłe nam fotografie flagi Przychodni na najwyższych szczytach Monte Rosa może zapoczątkują galerię – zastanawiał się prezes Leszek Grodziński, inicjator spotkań „Osobowości z pasją”.