Archiwum aktualności "marzec 2013"

« powrót do archiwum

Archiwum aktualności "marzec 2013"

strona: 3

Wałbrzyski węgiel – wciąż pasjonuje

O powstaniu naszego miasta i jego losach w ciągu stuleci decydował węgiel. Tę prawdę uświadomił, a może tylko przypomniał gość lutowego „Spotkania osobowości z pasją” – dr inż. Jerzy Kosmaty.

Gdyby przed dwudziestu kilku laty ktoś powiedział o nim– osobowość z pasją, a tą pasją miałby być wałbrzyski węgiel, pewnie by się roześmiał. Wtedy dla wałbrzyszanina ten kruszec, tylko przy wielkich okazjach określany górnolotnie „czarnym złotem”, był na co dzień czymś najzupełniej zwykłym. Ot, jak powietrze…. Górnikom do głowy by nie przyszło, żeby się nim pasjonować. A później, gdy żegnali ostatnie wagoniki z kolejnych kopalń, ważny stał się każdy szczegół dawnego życia. Z pietyzmem przynosili do powstającego muzeum sztandary, kroniki i osobiste pamiątki. Bezcenne stały się również pamiątkowe kufle z dorocznych, barbórkowych karczm piwnych. Jedna z nich ma kształt trumienki, a pochodzi z którejś z ostatnich takich uroczystości.

Obecnie Wałbrzych żyje innymi problemami, spychając „węgiel” do muzeum albo niezbyt poważnych imprez wspominkowych. Jednak jakbyśmy się nie starali temu zaprzeczać, wałbrzyski węgiel wciąż budzi emocje…

– Tak było zawsze, gdy mówił o nim inż. Kosmaty. Pamiętam, jak „urywały się” telefony w czasie audycji radiowej, z jego udziałem, miejscowej rozgłośni, z którą przed laty byłem związany. – wspomniał, witając gościa, prezes Leszek Grodziński.

Tym razem również były pytania, nawet zapisane na kartce. Bo gdy syn jednego z uczestników dowiedział się o tym spotkaniu, przesłał prośbę  wyjaśnienia sprawy chodników pod centrum miasta. Bardzo się tym pasjonuje.

Los górnika

Rozpoczynał od stanowiska rębacza czyli na pierwszej linii podziemnych zmagań. Wtedy był jeszcze na studiach i to był sposób na podreperowanie budżetu przed wakacjami. Potem było mozolne wspinanie się po szczeblach kopalnianej  kariery.

– Tutaj nie było żadnej drogi na skróty. Gdzieś tak na dyrektora do spraw socjalnych czy pracowniczych bywały nominacje, zanim przeszło się wszystkie wymagane stanowiska, ale na inne – mowy nie było. W tych przypadkach musieli być sprawdzeni fachowcy. – wspomina Jerzy Kosmaty.

I tak było również na samym początku czyli wtedy, gdy polskie władze przejmowały wałbrzyskie kopalnie. Przestrzegano zasady, że niemieccy fachowcy nie mogą stąd od razu wyjechać. Wprowadzono dla nich trzy rodzaje dokumentów, określających na jakim szczeblu może zapaść decyzja o deportacji. Miał to być dyrektor kopalni albo zjednoczenia albo jeszcze wyżej. Wiele lat po wojnie ktoś pokazał mu taką kartkę, wygrzebaną z archiwum domowego. Bo niewszyscy niemieccy specjaliści wyjechali.  Jerzy Kosmaty pamięta niektóre nazwiska. Tak, oni doskonale znali Wałbrzyskie Zagłębie.

Ten rozsądek władz w pewnym momencie przestał obowiązywać. Awansowano wtedy na dyrektora kopalni „fachowca”, legitymującego się ukończeniem czterech klas czyli przedwojenną podstawówką oraz kursem odbytym aż w Moskwie. Pewnie miejsce tego kursu było tak decydujące. O pomysłach dyrektora z awansu społecznego krążyły potem anegdoty. Słyszał je również Jerzy Kosmaty, np. o obdzielaniu zakładowymi pieniędzmi kogokolwiek z załogi. Z samym dyrektorem nie miał okazji pracować.

Jerzy Kosmaty przeszedł więc wszystkie szczeble kopalnianej kariery i był również świadkiem upadku naszego Zagłębia. Kwituje ten fakt przypomnieniem, że ekspertyzę opłacalności wydobycia przeprowadzano tydzień. I wystarczyło, żeby Wałbrzych pozbawić węgla, z którego żył kilkaset lat. Czy można to cofnąć i znów uruchomić kopanie? Wg inż. Kosmatego jest to niemożliwe z powodu ogromu wody, która wypełnia chodniki.

Sprawa reaktywowania kopalń wciąż jednak wraca i przy którejś okazji nasz gość zapytany, czy tu na miejscu wałbrzyszanie mogliby pomóc w realizacji tej prezentowanej koncepcji, odpowiedział stanowczo i dowcipnie. Pomożemy z dołu, bo w tym czasie wszyscy już będziemy pod ziemią.

Kiedy więc woda zalewała ostatnie chodniki, on wyruszał w głąb dziejów Wałbrzyskiego Zagłębia Węglowego. Przy okazji spotkań takich, jak nasze – z pracownikami Przychodni Piaskowa Góra, przedstawia historię Zagłębia. Pracuje naukowo. Właśnie opublikował książkę na temat śmiertelnych wypadków w górnictwie na terenie Zagłębia. Tak jeszcze  może działać wałbrzyszanin, którzy wciąż żyje sprawami naszych kopalń. Służy też swoją szeroką wiedzą przy zagospodarowywaniu tajemniczych podziemi w okolicach Wałbrzycha. Proszą go też o radę przy budowie kopalń, ale gdzieś w innych regionach.

Kartki z historii

Początki górnictwa w tej części Dolnego Śląska są tak odległe, że badacze nie są zgodni, czy to 1544 rok, czy może wcześniej – 1366. Obie daty dotyczą dokumentów: czternastowiecznego pozwolenia na uruchomienie sztolni na terenie obecnego Białego Kamienia i późniejszego wymienienia kopalń w testamencie jednego z Czettritzów. W każdym razie na przełomie XVIII i XIX wieku kopalnie były już bardzo liczne.

– Musiały być na kształt obecnych bieda-szybów, sądząc po ich liczbie i liczbie pracujących tam ludzi. W każdej węgiel wydobywało około 20 górników, do czasu aż nastąpił zawał. Technika była wtedy prymitywna i nie było możliwości schodzenia do niższych pokładów. – wyjaśniał Jerzy Kosmaty.

Dopiero epokowe odkrycia, choćby maszyny parowej spowodowały rozwój przemysłu. W pierwszej połowie XIX wieku powstają największe fabryki naszego miasta. Swoją firmę zakłada rodzina Albertich (późniejsza „Camela”), powstaje Huta Karol, fabryki porcelany Tielscha i Kristela. W tamtym czasie były jednymi z najnowocześniejszych w Europie. I cóż spowodowało taki rozwój? Przypadek? Gość spotkania powtarza, że o powstaniu Wałbrzycha zadecydował węgiel. Przy ówczesnych trudnościach transportowych, najwygodniej było wykorzystywać go na miejscu. Choć próbowano też wysyłać węgiel. Najbliżej do Odry, było drogą do Malczyc. Badacze ustalili przebieg tej dawnej drogi węglowej. Wiodła przez wieś Wilczków.

Górnictwo od niepamiętnych czasów decydowało o wielu dziedzinach życia naszego miasta. Na przykład lecznictwo. Szpital na Piaskowej Górze, którego budowa została sfinansowana przez ówczesne ministerstwo górnictwa i dodatkowo wsparta dobrowolnymi składkami wałbrzyskich górników, wcale nie był pierwszym takim darem. W 1909 roku Bractwo Górnicze ufundowało szpital przy obecnej ul. Batorego.

Idea niesienia pomocy dla dotkniętych nieszczęściem również sięga dawnych czasów i pewnie nie przypadkiem symbolizowała ją niegdyś postać „żelaznego górnika”. Nazwę zawdzięczał gwoździom, przeważnie żelaznym, które opatrzone w ich nazwiska ofiarodawcy mogli wbijać w drewnianą figurę. Tak zebrane fundusze przeznaczano na pomoc dla górniczych wdów, które straciły mężów w kopalni lub na wojnie.

Kończył się czas spotkania, a tyle było jeszcze tematów. Gość przygotował dla słuchaczy ankietę- konkurs, a nagrodą była jego ostatnia publikacja. Zwycięzcy byli bardzo zadowoleni. Pierwszy raz na naszym spotkaniu zjawiła się miejscowa telewizja i przeprowadziła wywiad z inż. Jerzym Kosmatym.

Pokonać górę

Góry zawładnęły Marcinem Pokorą. Od kiedy udało się kilka lat temu zrealizować marzenie zdobycia Mont Blanc, myśli już tylko o kolejnej wyprawie. A uczestnicy spotkań „Osobowości z pasją” mają tę wielką przyjemność towarzyszenia mu w tym. Spotkań zaś  nie było od dość dawna, za to kolejna wyprawa z panem Marcinem wynagrodziła wszystkim tę przerwę.

Na co dzień nauczyciel wychowania fizycznego w jednej z wałbrzyskich szkół ponadgimnazjalnych i również pracownik Przychodni Piaskowa Góra kilka lat temu postanowił wyruszać w te – najwyższe. Najpierw było więc Mont Blanc, potem –Monte Rosa. I nie zrażały ponoszone koszty, trudy związane z przygotowaniami, bo bez odpowiednich kursów żaden szanujący się organizator nie zabierze chętnego na wyprawę. Wreszcie – ogromny wysiłek, który dla postronnych, choćby tylko wysłuchujących opowieści, wydawał się czasem  nadludzki.
Wyjazdy są podczas wakacji. Na poprzednim spotkaniu wyznał grupie entuzjastów jego podróży, że na lato 2012 planuje wyprawę na Elbrus, na Kaukazie. Wtedy też  powiedział, że Mont Blanc ofiarowała mu możliwość sprawdzenia siebie, a Monte Rosa dała już wszystko, co podczas takich wypraw przeżywają alpiniści.
Okazało się, że jednak to nie było wszystko. Elbrus boleśnie ukazał mu siłę gór i pozostał dla niego niezdobyty. Pan Marcin zapewnił, że wróci tam i jeszcze wyrówna rachunki.

Na Elbrus

Pojechał ze znaną już sobie specjalistyczną firmą z Wrocławia – Grupa 4 Challenge i ludźmi, których w większości już poznał. Zespół liczył dwanaście osób. Była połowa sierpnia, u nas rozpoczynała się kolejna fala upałów. Jaką niespodziankę pogodową w połowie lata może zgotować kaukaski  Elbrus 5642 m n p m, najwyższy szczyt Rosji, a dla niektórych również Europy? Doświadczeni alpiniści odpowiedzą – każdą!

W dniu planowanego ataku na szczyt było minus 25 C i wiał silny wiatr. Wyruszać trzeba o godzinie 1 w nocy, żeby możliwie najbezpieczniej wrócić jeszcze przed zapadnięciem zmroku. Jadą kolejką krzesełkową z turystycznej miejscowości Azał do Prijutu, nastawionego głównie na przyjmowanie alpinistów. Tutaj – odpoczynek, wszyscy są podekscytowani i trudno zmusić się do snu. Choć rozsądek tak nakazuje, czeka ich przecież ogromny wysiłek. Stąd do szczytu jest 11 km, różnica wysokości wynosi 1400 m. Panuje lodowaty ziąb. A oni jeszcze nie rozgrzali się po podróży „na krzesełkach”. Wkrótce kilka osób odmroziło sobie palce u nóg i rąk, mimo wszelkich zabezpieczeń. Potem w schronisku aż strach było patrzeć, na te obrzęki i płomienną czerwień. W najgorszym stanie był uczestnik, który w porę nie zauważył, że jeden jego but jest minimalnie ciasny. Na trasie nagle stał się niewyobrażalnie niewygodny, co spowodowało odmrożenia. Cały zaś ten dyskomfort wywołał również odwodnienie. Wtedy pan Marcin podzielił się, a właściwie oddał swój zapas wody słabnącemu towarzyszowi, następnie odprowadził go do kolejki. Tymczasem grupa poszła dalej. Koszmarne warunki pogodowe nie pozwoliły im wejść zbyt  wysoko, wędrowali jeszcze 150 m. Nikomu się wtedy nie udało pokonać górę. Zjechali więc do Azału, by odpocząć i poczekać na lepszą pogodę.

Podczas tej wyprawy mieli okazję przekonać się, że w tych groźnych górach nie można nikogo zostawiać nawet na krótko. Widzieli, jak rosyjscy ratownicy zwożą zamarzniętego na śmierć czeskiego alpinistę. Kiedy stało się nieszczęście, był blisko schroniska i wydawało się, że tylko na chwilę zostawiła go grupa. Wypadki zamarznięć zdarzają się tu często.

Turystyka po rosyjsku

Co kraj, to obyczaj… Porównując cywilizacyjną otoczkę wysokogórskich tras, wyraźnie widać prawdziwość przysłowia. Choć trzeba też zrozumieć, że turystyka w tym regionie dopiero się rozwija. Bo jak może być inaczej, skoro Kaukaz od czasów niepamiętnych był szarpany wojnami i do dziś gdzieś daleko w górach nie zdążyły nawet dobrze zardzewieć porzucone czołgi.

Na wysokości 4.2 tys. metrów npm. leży Prijut – właściwie zgrupowanie prymitywnych schronisk, za miejsca w których trzeba słono płacić – w dolarach. Tutaj od ustalania odpowiednich cen zdaje się budzić świadomość, że turystyka jest żyłą złota. Lepiej też nie przypominać sobie, jakie warunki w zachodnich schroniskach mają alpiniści. W Prijucie lokum dla nich urządzono m.in. w dawnych beczkach po paliwie lotniczym i, mówiąc złośliwie, dobrze one pasują do walającego się wokół żelastwa, głównie pozostałościach po działaniach wojennych. Inne turystyczne schrony są równie prymitywne. Do tego warunki sanitarne… Właśnie one stały się przyczyną niepowodzenia.

Przewiało mnie okropnie, kiedy szukałem w miarę czystego WC, jeżeli w ogóle można by tam tak nazwać te miejsca. Te zabezpieczone przed wiatrem były tak brudne, że wprost wejść się nie dało. I skorzystałem z „ażurowej” budki. Zachorowałem i nie było mowy o podjęciu tak wielkiego wysiłku. – tłumaczy pan Marcin.

Pierwsza próba zdobycia góry, jak wiadomo, nie udała się nikomu. Kiedy zaś pogoda stała się znośna, odważyło się pięciu uczestników. Zabrali też flagę Przychodni Piaskowa Góra. I tak, jak widać na zdjęciach, symbolicznie znaleźliśmy się na tej dzikiej górze.

Pobyt w tamtych stronach dał też inne przeżycia. Widzieli lawinę błotną, która wpłynęła na ulice Azału. Zdziwili się też obecnością krów, wędrujących nawet przez centrum miasta. Mile ich zaskoczyła życzliwość mieszkańców, gościnność, no i kuchnia…  Takich szaszłyków baranich pan Marcin w życiu nie jadł.
Choć nie udało się tym razem, pozostało z tej wyprawy wiele wrażeń i wspaniałych przeżyć. Oszałamiającego piękna gór nie da się opisać, lepiej wpatrywać się w fotografie. Trudno też się z tymi obrazami rozstawać. Panu Marcinowi towarzyszą w domu i miejscu pracy, ale są to góry, których jeszcze nawet nie próbował zdobywać… Himalaje. Wierzy, że kiedyś tam się wyprawi. A na razie stara się podnosić swoje kwalifikacje w tej dziedzinie. W tym roku ukończył kurs wspinaczkowy, urządzony w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Myśli już o wiosennym Festiwalu Gór w schronisku Samotnia. Znów znajdzie się w swoim gronie. Tu w Wałbrzychu też nie jest samotnym miłośnikiem wysokich gór. Na podobne wyprawy jeżdżą też Rafał Urbański i Roman Głód, również nauczyciele.

Ku wygodzie pacjentów…

Ku wygodzie...Z myślą o wygodzie pacjentów na terenie NZOZ Przychodnia Piaskowa Góra przyjęto nowy pomysł.
„Ku wygodzie” odwiedzających przychodnię został uruchomiony automat, serwujący różne rodzaje napojów gorących.
Tego dnia wśród pierwszych pacjentów od razu znaleźli się amatorzy porannej kawy lub innego przysmaku. I chwalili, że przyjemnie jest po badaniach, wizycie u lekarza, zabiegach rehabilitacyjnych lub załatwieniu czegokolwiek odprężyć się właśnie gorącym kubeczkiem w ręku. Przestronne pomieszczenie na parterze Przychodni aż do tego zachęcają.
„Z myślą o wygodzie pacjentów planujemy zainstalowanie kolejnego automatu, tym razem oferującego słodycze i chłodne napoje” – informuje prezes Leszek Grodziński.

„Gdy śliczna Panna…” i inne kolędy

Zaśpiewaliśmy na tradycyjnym przedświątecznym spotkaniu. Znów zapachniało bożonarodzeniowymi łakociami, rozbłysła ozdobami choinka i było, jak zawsze w takich chwilach, rodzinnie i odświętnie.

– Minął rok. Chciałbym serdecznie podziękować za waszą pracę i prosić o taki sam rok przyszły. – wraz z świątecznymi życzeniami skierował do wszystkich te słowa prezes Leszek Grodziński. Bo przecież wiadomo, że w służbie zdrowia trudno spodziewać się lepszych czasów!

Tym razem od codziennych problemów pomagała oderwać się muzyka gitar klasycznych. Koncertowali Agnieszka i Witold Kozakowscy. Dwa lata temu z tej okazji popisywali się głównie ich uczniowie. Mistrzowie gitary od lat specjalizują się w pracy pedagogicznej, a ich podopieczni święcą już sukcesy. Związani są też z Gitariadą, corocznym cyklem konkursów, warsztatów i innych gitarowych działań. Wystąpili tam kiedyś z koncertem, pod hasłem muzykoterapii gitarowej. I pewnie świetny to pomysł na skołatane nerwy wielu słuchaczy.

Dla pracowników Przychodni Piaskowa Góra przygotowali zestaw muzycznych wędrówek, przeplatanych instrumentalną lub wokalną wersją znanych kolęd. Rozpoczęli od Paryża, przywołując wspomnienia z wakacji. Potem skoczyli na drugą półkulę, racząc słuchaczy gorącą muzyką południowoamerykańską. Były też melodie filmowe, m.in. kawałek ze „Śniadania u Tiffaniego”, utwory z nieśmiertelnego repertuaru zespołu The Beatles i zawsze modny – „Cudowny świat” Luisa Armstronga. Brzmiały więc te bossa novy, rumby, tanga i cavatiny. A jako przeciwwaga – „W żłobie leży”, „Lulajże Jezuniu” , „Cicha noc” i wreszcie odśpiewane wspólnie „Wśród nocnej ciszy”. Żeby zaś tradycji naprawdę stało się zadość, na pracowników czekały upominki. W rolę świętego Mikołaja wcielał się Witold Kozakowski, odkładając na ten moment gitarę. A potem były wzajemne, gorące życzenia Wesołych Świąt.

Punkt Obsługi Pacjenta

I wszystko jasne…

Zmienia się Przychodnia Piaskowa Góra. Tym razem coraz wygodniej staje się w obszarach informowania pacjenta. Na parterze z myślą o pacjentach został utworzony „Punkt obsługi pacjenta”, w którym można:

  • zasięgnąć wszelkiej informacji medycznej,
  • odebrać wyniki,
  • uzyskać wszelkie zaświadczenia,
  • złożyć deklarację
  • skorzystać z usług ksero

Punkt obsługi pacjenta jest czynny codziennie od godziny 8:00 do 18:00
Telefon: 74 649-46-50

W punkcie obsługi pacjenta warto zwrócić uwagę na gustownie wyeksponowane certyfikaty: „Certyfikat wiarygodności biznesowej”, nadany za najwyższą ocenę stabilności firmy w roku 2010 oraz „Certyfikat za rozwój zawodowy pracowników NZOZ Przychodnia Piaskowa Góra” – nadany za aktywne uczestnictwo w kursach i szkoleniach.

SERDECZNIE ZAPRASZAMY