Znowu wyruszyliśmy w góry…

Bardzo wysokie… Mieliśmy okazję je odwiedzić, słuchając wspomnień z kolejnej wyprawy Marcina Pokory. Okazało się, że w pewnym sensie my też tam byliśmy. Na zdobytych szczytach rozpościerał flagę „Przychodni Piaskowa Góra”.

Tak, tak, był już bohaterem wieczoru „Osobowości z pasją”. Opowiadał nam wtedy, jak realizował swoje wielkie marzenie – zdobycie Mont Blanc…

– Tamta góra ofiarowała mi możliwość sprawdzenia siebie. Monte Rosa dała wszystko, co podczas takich wypraw przeżywają alpiniści. – wyjaśniał pan Marcin.

„Wszystko”, które wyłaniało się z jego opowieści to było nieludzkie zmęczenie (on – wuefista cały czas cierpiał z powodu zakwasów mięśni i to jak cierpiał! Każdy krok sprawiał ogromny ból), to był niedobór snu z powodu konieczności wyruszania w trasę niemal w środku nocy i męczące pragnienie – bo nie sposób było zabrać ze sobą wystarczającej ilości picia, wreszcie – brnięcie przez ogromne obszary szarej bryi topniejącej wierzchniej warstwy lodowca i do tego to najważniejsze – oszałamiające piękno gór. Uczestnicy spotkania nie mieli wątpliwości, że to co oglądają na ekranie – filmy i fotografie z wyprawy stanowi tylko drobną namiastkę prawdziwego obrazu tamtej podniebnej krainy.

Monte Rosa również w opisie internetowym prezentuje się imponująco. Znalazłam taką prezentację: „oślepiająca i zniewalająca ogromem – jest najpotężniejszym masywem w Alpach Walijskich. Chociaż Mont Blanc ją przewyższa, Monte Rosa zajmuje znacznie większy obszar i jest największym masywem w Europie Zachodniej. Po szwajcarskiej stronie jest ona „festiwalowo” przybrana w nabrzmiałe fale lodu z lodowców, które zaczynają się tuż pod grzbietem szczytu. Kontrastowo, włoska strona masywu prezentuje fasadę groźnych przepaści, przekraczającą granice ludzkiego pojmowania.” W tej krainie „ulokowało się’ dziesięć czterotysięczników, z najwyższym szczytem– Dufourspitze (4634 m ). I właśnie on, to oczywiste, stał się jednym z celów drugiej wyprawy życia Marcina Pokory.

Monte Rosa w obecnej chwili zdaje się być połączeniem najwyższych osiągnięć naszej cywilizacji z wciąż nieujarzmioną przyrodą. Tutaj zbudowano najwyżej położone w Europie schronisko górskie – Capanna Regina Margherita. Pan Marcin miał okazje je odwiedzić, a nam zaprezentował fotografie. W wysokogórski krajobraz wkomponowana konstrukcja szkła i metalu, z dużymi powierzchniami baterii słonecznych; pod wieloma względami schronisko jest samowystarczalne, inne produkty są dostarczane drogą powietrzną. Nie brakuje tam również łączności internetowej. I po cóż współczesny człowiek wspina się na takie wysokości, by nawet tam nie być wolnym od podstawowych atrybutów cywilizacji! Natura jednak pokazuje swoją wyższość i nocleg w tym schronisku może nie należeć do przyjemności z powodu dolegliwości wywołanych przebywaniem na dużej wysokości.

Oprócz luksusowego schroniska masyw Monte Rosa posiada wiele przydatnych turystom i wspinaczom schronisk i miejsc biwakowych. Strony internetowe wyliczają ich około dwudziestu. Pan Marcin opowiedział o niektórych zwyczajach panujących na szlaku. Największym wstydem wśród ludzi gór jest ugrzęznąć tuż przed szczytem, w danym momencie bez możliwości powrotu, i konieczność nocowania w awaryjnym schronie. Zatrzymać się w nim, odpocząć to jest w porządku, ale spać – to prawdziwy dyshonor. Choć w pewnych sytuacjach taka decyzja ratuje życie i przecież po to takie schrony tu zbudowano. Kto więc awaryjnie zanocował, jest później narażony na gwałtowną pobudkę. Funduje ją kolejna grupa, która wybrała się zdobywać ten szczyt. Walenie w drzwi, głośne pokrzykiwania należą do dobrego tonu. Pechowcom niczego się nie darowuje. Ponieważ zdobywcy szczytów wyruszają jeszcze w nocy, więc niewielkie są szanse, by zebrać się przed nadejściem innej grupy. Pan Marcin przyznał, że również walił w drzwi schronu i gromko pokrzykiwał „pobudka”.

Na trasach zaś panuje niemal tłok. Widzieliśmy na fotografiach mijające się grupy nie tylko na lodowcu, ale i gdzieś na wysokościach. Mimo takiej popularności góry nie utraciły nic ze swojej mocy. Dlatego lider grupy gratulując na Dufourspitze tym nielicznym, którym udało się dotrzeć, przypominał, że trzeba jeszcze wrócić, a to bywa bardziej niebezpieczne niż pierwsza część wyprawy. Na ten najwyższy szczyt z sukcesem wybrał się z sześcioosobowej grupy, oprócz Marcina Pokory jeszcze jeden uczestnik. Mimo że wszyscy byli odpowiednio przygotowani i mieli już za sobą wysokogórskie doświadczenia. Bo góry są surowe i wymagające. Z tej wyprawy pan Marcin wrócił sześć kilo szczuplejszy, a profesjonalne rękawiczki na strzępy podarły się na linach, których musiał się trzymać. Sporą cześć trasy pokonywano tak właśnie. Wciąż groził też upadek w przepaść i dlatego uczestnicy wyprawy byli połączeni linami. Na hasło „lecę” , trzeba było szybko i właściwie reagować – „polecieć” w przeciwną stronę niż wołający. Na trasie w ogóle nie trudno o wypadek. Choćby próbując wbić się w lodową powierzchnię – taką o konsystencji asfaltu, łatwo skaleczyć się czekanem. I właśnie to przytrafiło się panu Marcinowi. Boląca łydka nie ułatwiała zmagań z naturą.
Czy mogłoby to wszystko zniechęcić człowieka gór? W odpowiedzi Marcin Pokora zwierzył się nam ze swoich marzeń. Zaczął już przygotowania do wyprawy na Elbrus, najwyższy szczyt Kaukazu.

A pamiątki z wyprawy – miłe nam fotografie flagi Przychodni na najwyższych szczytach Monte Rosa może zapoczątkują galerię – zastanawiał się prezes Leszek Grodziński, inicjator spotkań „Osobowości z pasją”.