Z wizytą w muzeum – naprawdę nie wiemy, co posiadamy!

Tym razem to my złożyliśmy wizytę jednemu z bohaterów cyklu spotkań „Osobowości z pasją”. Początkowo mogło się wydawać, że do wałbrzyskiego Muzeum jesteśmy zapraszani trochę na zasadzie kurtuazji. Jednak to nie z dyrektorem Markiem Stadnickim „takie numery”; w umówionym dniu czekał na pracowników Przychodni Piaskowa Góra. Wybrała się dość liczna grupa, a przecież wiadomo, jak trudno im wygospodarować nieco wolnego czasu.

Już sama siedziba wałbrzyskiego Muzeum może zafascynować. Tyle przecież usłyszeliśmy od Marka Stadnickiego o dawnym pałacu Albertich podczas pierwszego spotkania. Szacowna muzealna placówka wprowadziła się tu w 1926 roku, po latach działalności w jednej z kamienic w Rynku. Założyło ją bowiem w roku 1908 Towarzystwo Miłośników Starożytności. Z tamtego niemieckiego okresu zachowało się wiele interesujących eksponatów. Na przykład plastyczna mapa gór otaczających Wałbrzych. Po wyzwoleniu została uaktualniona polskimi nazwami i do dziś stanowi atrakcję działu mineralogii. A w kolejnych gablotach – skarby tej ziemi i ciekawostki odkryte podczas eksploatacji złóż węgla. Odciski karbońskich paproci zawsze robią wrażenie.
Tymczasem dyrektor Stadnicki zwrócił uwagę na to, z czego szczególnie jako wałbrzyszanie powinniśmy być dumni. Mamy w naszym muzeum największe znane zbiory porcelany śląskiej. Wzięło się to stąd, że obie powstałe w pierwszej połowie XIX wieku fabryki Tielscha i Kristela przez lata należały do wiodących w Europie wytwórców porcelany, pod względem stosowanych tu rozwiązań technicznych, jak również – urody gotowych wyrobów. Było więc co zbierać i pieczołowicie przechowywać.
– Dlaczego nie mówimy o tym głośno, dlaczego te wspaniałe zbiory nie są wizytówką Wałbrzycha? Unikalne na skalę światową i tak cenne.. – z mocą przekonywał dyrektor Stadnicki.
Zresztą trudno byłoby nie przyznać mu racji, podziwiając niezwykłe porcelanowe cacka. Wszystkie są piękne: od tych przeznaczonych do używania na co dzień po przedmioty kunsztowne, chrzcielnicę na przykład albo wazon. Czy przy całej współczesnej technice ceramicy umieliby dziś wykonać takie zdobienia na porcelanie, że płatki kwiatów wyglądają tak, jakby dopiero co zwinęły się w  kolorowe rurki, a ptaki – jakby wciąż trzepotały skrzydłami? Tak fantastycznie przystrojone wazony, patery i inne naczynia można oglądać w naszym Muzeum. A ich kształty! Choćby filiżanki wzorowane na mini wazy greckie. W zbiorach zachowały się również projekty wzorów kalkomanii. I znów zachwycamy się kunsztem dawnych mistrzów.
Wśród muzealnych skarbów nie tylko porcelana może stanowić przedmiot dumy wałbrzyszan. Zaryzykuję twierdzenie, że nieliczna grupa zwiedzających wiedziałaby jaką dziś wartość przedstawiają sympatyczne widoczki okolic Wałbrzycha. Dociekliwsi spróbują ustalić, co to za miejsce i jak się po tylu latach zmieniło. Jeżeli zaś wędrujemy przez muzeum w towarzystwie jego dyrektora, to zwróci nam uwagę na kolejny skarb. Jednym z autorów owych landszaftów jest Sebastian Carl Christian Reinhardt, nadworny cesarski malarz, którego zadaniem w owym czasie było dokumentowanie wyglądu poszczególnych zakątków wielkich cesarskich włości. Wiadomo, że do tej funkcji władca nie wybrałby pośledniejszego artysty, więc obrazy choćby z tytułu jego pędzla mają już swoją wartość, ale liczy się też oryginalność pomysłu. Jednak, jak to się mówi, wiatr historii rozrzucił je po świecie. Cztery – trafiły do Białego Domu w Waszyngtonie, trzy – można oglądać w Berlinie, a wałbrzyskie Muzeum ma ich aż… siedem.
Czekała nas jeszcze niespodzianka. W sali wystaw czasowych specjalnie dla nas pozostawiono dzień dłużej ekspozycję zbiorów Albrechta Heselbacha, człowieka różnych profesji, ale przede wszystkim zapalonego kolekcjonera. Zobaczyliśmy „Dawne widoki Śląska” i w tak nobliwej scenerii podyskutowaliśmy jeszcze przy filiżance kawy, m.in. o tym z czego wałbrzyszanie naprawdę powinni być dumni i umówiliśmy się znów na kolejne spotkanie.