Wspomnienia dawnej świetności

Jak wspaniała była niegdyś nasza piłka nożna! Pamiętacie, jak wtedy podczas transmisji pustoszały ulice miast? Przed telewizorami zasiadali wszyscy, nawet ci, których na ogół to nie interesowało. Zresztą któż odważyłby się przyznać do braku takich zainteresowań.
Wśród wałbrzyszan jest świadek i uczestnik tamtych sportowych wydarzeń – Marian Szeja. Mówią o nim – ikona wałbrzyskiego sportu (i pewnie nie tylko – wałbrzyskiego). Przez trzynaście sezonów bronił zielono – czarnych barw naszej drużyny, najlepszej – w dotychczasowej historii naszego miasta. Autor wywiadu-rzeki, opublikowanego w „Tygodniku Wałbrzyskim” w 2010 roku podaje, że Marian Szeja wystąpił w 129 spotkaniach w pierwszej lidze. Później grał we francuskich drużynach FC Metz i AJ Auxerre, które w czasie jego „kadencji” awansowały do pierwszej ligi. Był też wcześniej powołany do reprezentacji Polski i rozegrał w drużynie narodowej 15 oficjalnych spotkań. Wpuścił zaledwie sześć bramek. Autor wywiadu – Piotr Zdanowski stwierdza, że to jeden z najbardziej utytułowanych wałbrzyskich bramkarzy. Ma również złoty medal olimpijski z igrzysk w Monachium w 1972 roku.
Wspaniały niegdyś sportowiec obecnie dość często odwiedza naszą przychodnię – jako pacjent, jest do nas „zadeklarowany”. Zmusza go do tego stan zdrowia. Tym razem jednak przyszedł zupełnie w innym charakterze. Był bohaterem spotkania Osobowości z pasją.
– Sportowca jeszcze nie gościliśmy – stwierdził prezes Leszek Grodziński – i to takiej miary!
Kiedy zaś spotkanie dobiegało końca, niektórzy zaczęli również wspominać. Okazuje się, że w wielu z nas wciąż tkwi zapalony kibic i gdyby tylko zmieniła się sytuacja na stadionach, znów wiernie nie opuściliby żadnego meczu. Dzielili się więc z gościem refleksjami: dlaczego niegdyś można było z dzieckiem pójść na mecz, a teraz trudno się na to odważyć nawet samemu. W tej dziedzinie tak dużo mamy do odrobienia.

Gdzieś na Górnym Śląsku

Marian Szeja jest skromnym, na pozór niczym nie wyróżniającym się człowiekiem… tylko ten stolik obok niego, gęsto zastawiony prestiżowymi sportowymi trofeami, stanowiącymi zaledwie część tego, co ma w domu – świadczy z jakiej miary sportowcem się spotkaliśmy.
A wszystko zaczęło się od pierwszych sportowych kroków w Kędzierzynie- Koźlu, dokąd przybył razem z rodzicami z rodzinnych Siemianowic. Wciąż, mimo historycznych podtekstów, wzruszającą pamiątką jest fotografia, którą „wyświetlił” nam z komputera. Był to rok 1951, Marian Szeja jako mały sportowiec z ukochaną piłką, w tym momencie w ręku, maszerował w pochodzie pierwszomajowym pod ogromnym portretem wąsatego przywódcy oficjalnie bratniego mocarstwa. Ta fotografia przypomina mu pierwsze treningi, pierwszego trenera, pierwsze sportowe przeżycia.
Na następnych fotografiach z rodzinnego archiwum jest już dorosły. Znów piłka i drużyna, tym razem reprezentująca wałbrzyski sport. Do naszego miasta przyjechał w 1960 roku, sprowadzony przez kopalnię „Thorez”. Pamiętacie tę najbardziej chyba reprezentacyjną z wałbrzyskich kopalń, z bramą główną na trasie do Białego Kamienia i z wieżami wyciągowymi o dziwnych kształtach (właśnie ich historyczna unikalność w przełomowych latach końca XX wieku w znacznym stopniu przyczyniła się do uznania kopalni za zabytek techniki), a tłumy górników o charakterystycznych czarnych obwódkach wokół oczu, napierających na przystanku na autobusy? Kopalnie były przez lata liczącym się sponsorem sportowych drużyn. Kiedy ludzie o podczernionych oczach znikli z przystanków, a dawny „Thorez” obsługuje tylko turystów, „coś” stało się też z wałbrzyską piłka nożną.
Wtedy nikomu nawet by się nie przyśnił taki upadek sportu. Marian Szeja rozpoczynał właśnie grę w III ligowym KS Thorez , późniejszym GKS Zagłębie Wałbrzych, który to w niedalekiej przyszłości okazał się pierwszym dolnośląskim klubem występującym w europejskich pucharach. Na początku lat sześćdziesiątych trzeba było jednak trenować na boisku przy ul. Dąbrowskiego, takim – o nawierzchni żwirowej.
– Mówią, że człowiek ma siedemnaście skór, więc ja pewnie szesnaście – zdarłem na tym boiskowym żwirze. – podsumowuje ten okres w swoim sportowym życiu Marian Szeja.

Dobrze grać

Kiedy w lipcu 1964 roku klub awansuje do drugiej ligi, wałbrzyski zawodnik zostaje powołany do kadry młodzieżowej, a następnie – do pierwszej reprezentacji. Wspominając po latach ten okres, w wywiadzie prasowym Marian Szeja powiedział, że aby utrzymać się w reprezentacji przez 8 lat, trzeba było wszystkie mecze dobrze grać. Tylko tyle i aż tyle! Jednocześnie grał w Zagłębiu, które również pięło się do góry.
Występując wśród kadrowiczów, zetknął się z zawodnikami najlepszymi w dziejach naszej piłki nożnej, zresztą nie tylko – naszej narodowej. Na przykład stwierdza z satysfakcją, że słynny Pele jemu żadnego gola nie wbił. Grali naprzeciw siebie na największym stadionie świata – brazylijskim Maracana. Trybuny, mogące wg ówczesnych danych pomieścić 200 tys. widzów, były prawie pełne. Pojemność stadionu bywała różnie podawana w poszczególnych latach. Obecnie – ma być zdecydowanie mniejszy. Wtedy mecz był przegrany, ale gole puścił jego zmiennik.
W tamtych latach pisano o nim – legendarny bramkarz, który powstrzymał Anglię w Liverpoolu w 1966 roku i nie dał się pokonać Niemcom w Hamburgu w 1971 roku, (wynik bezbramkowy). Zainteresowanych odsyłam do przywoływanego tu wywiadu-rzeki w „Tygodniku Wałbrzyskim” , gdzie szczegółowo jest przedstawiona historia niezwykłego sportowca.
Fotografie z tamtych wydarzeń przeszły już do historii. Tego naszego wieczoru -spotkania Osobowości z pasją, mieliśmy okazje niektóre z nich obejrzeć je raz jeszcze. I posłuchać, choćby dlaczego nasz bramkarz, u szczytu formy, zaczynał częściej niż bronić siedzieć na ławce rezerwowych. Zadecydowały osobiste sympatie trenera Górskiego. Marian Szeja dzisiaj również niewiele nad tym się rozwodzi, wtedy zaś po prostu wybrał grę w drużynie francuskiej.
Były duże sukcesy sportowe i uznanie Francuzów, nawiązały się też przyjaźnie. Kiedy już po zakończeniu kariery pan Marian miał bardzo poważne problemy z kolanem i groziła mu wręcz niepełnosprawność. Przyjaciele z Francji powiedzieli: przyjeżdżaj i o nic się nie martw, możesz nie mieć nawet franka w kieszeni. Była operacji, długa rehabilitacja i powrót do zdrowia. Na pamiątkę pozostało zdjęcie pana Mariana z nogą w gipsie. Synowie urządzili się we Francji. Tylko żona nie chciała emigrować. Kiedy pan Marian został sam, jakoś też stracił ochotę na przeprowadzkę. Chętnie odwiedza we Francji dorosłe dzieci, ale lubi wracać do siebie.
Czasem skorzysta z zaproszenia wałbrzyskiej szkoły im. Olimpijczyków. Sięgnie wtedy do zbioru pamiątek i powspomina. Oprócz Złotego Medalu Olimpijskiego ma m.in. medal „Honorowego Obywatela Miasta Wałbrzycha” medal zasłużonego dla Auxerre i puchar na piękne zakończenie kariery i wiele, wiele innych.