Wałbrzyski węgiel – spotkanie drugie

I znów wyruszyliśmy w głąb dziejów wałbrzyskiego górnictwa. Pierwsza opowieść inż. Jerzego Kosmatego, którą poznaliśmy w lutym tego roku, nie zaspokoiła ciekawości stałych bywalców spotkań „Osobowości z Pasją”. Trzeba było to kontynuować. Wałbrzyski węgiel jest tematem tak fascynującym, że drugiego spotkania  nie dawało się wręcz zakończyć. Wciąż padały pytania i śmiało można mówić o rekordzie  – prawie trzy godziny. Tyle słuchaliśmy o historii wałbrzyskiego węgla.

Nawet początki wydobycia budzą spory wśród historyków. Jerzy Kosmaty przypomniał, podane poprzednio fakty. Pierwszy dokument z 1366 roku to pozwolenie, wydane przez księcia Bolka II,  na budowę sztolni na terenie obecnego Białego Kamienia. Słowo węgiel jednak tam nie pada i bardziej skrupulatni badacze uznają za oficjalny początek górnictwa na tych ziemiach rok 1544, kiedy to w testamencie Dietricha II  Czettritza są już wymienione kopalnie węgla. Kolejne dokumenty potwierdzają znaczenie górnictwa w rozwoju miasta. Zachował się akt sprzedaży kopalni z 1550 roku przez Konrada II Hochberga. W tym czasie w księgach kościelnych zapisano, że w jednej z kopalń „utopiło się” dwóch synów młynarza i parobek spod Świdnicy. Prawdopodobnie przyczyną śmierci było wysokie stężenie dwutlenku węgla. Wówczas górnicy mówili o takich przypadkach – utopieniu, bo zdradziecki gaz, podobnie jak woda, dusił swoje ofiary.

W 1574 roku odnotowano, że Robert Czettritz sprzedał mieszkania na obecnym Sobięcinie pracownikom, którzy podjęli się wydobywania węgla. Z tamtych wieków zachował się też dokument dotyczący górniczych przywilejów, m.in. zwolnień podatkowych i niepodlegania służbie wojskowej. Po zakończeniu żywota górnik miał prawo do uroczystego pogrzebu przy pochodniach górniczych.

W 1794 roku było już 66 kopalń, zatrudniających 1280 pracowników.

– Łatwo policzyć, że taka ówczesna kopalnia zatrudniała około 20 górników. Była więc podobna do obecnych bieda-szybów. Nie miała wentylacji i w związku z tym eksploatowano pokład maksimum do 30 metrów głębokości. Gdy nastąpił zawał, przenoszono się gdzie indziej. –  podsumował  Jerzy Kosmaty.

Studiując stare dokumenty, widać jak bardzo rozwój miasta zależał od węgla i od osiągnięć techniki. Ten region był niegdyś w czołówce stosowania w przemyśle najnowszych rozwiązań. Na przykład jedne z pierwszych w Europie maszyn parowych zainstalowano w  fabrykach ówczesnego Wałbrzycha.

Jerzy Kosmaty przy każdej okazji udowadnia, że Wałbrzych stał się miastem i dużym ośrodkiem dzięki cennym pokładom. Kiedy transport nie był jeszcze tak szybki i sprawny, przemysł „przychodził” do źródeł energii czyli w tym przypadku –  węgla. W pierwszej połowie XIX wieku powstają największe fabryki naszego miasta. Swoją firmę zakłada rodzina Albertich (późniejsza „Camela”), powstaje Huta Karol, fabryki porcelany Tielscha i Kristela. I były wtedy  jednymi z najnowocześniejszych w Europie. Nowatorskie rozwiązania wkraczają też do kopalń. Oglądając, przeważnie już na slajdach, wałbrzyskie obiekty przemysłowe, związane z kopalniami dowiadujemy się o ich ówczesnej unikalności. Np. szyb „Tytus” miał umieszczoną w górnej części konstrukcji  maszynę parową. Rozwiązanie nowatorskie, wówczas krok milowy w usprawnianiu pracy szybu.

Szlakiem starych szybów

Trudno byłoby znaleźć lepszego przewodnika w tej podróży w głąb dziejów. Jerzy Kosmaty jest autorem m.in. książki „Świadectwa minionej epoki”. Jej ilustracje – stare fotografie i takie – zupełnie niedawne, ale już historyczne posłużyły nam do tej podróży.

Zaczynamy od obrazu znanej starszym wałbrzyszanom bramy kopalni Thorez z lat jej normalnej działalności. Obok – dawna fotografia, kiedy była to kopalnia Fuchs, a po węgiel zajeżdżały wozy konne. To miejsce pozostanie i będzie przypominać kilkusetletnią historię przemysłu wydobywczego. Być może utraci jeszcze część obiektów, być może porani je czyjś szalony pomysł, ale generalnie najcenniejsze obiekty będą uchronione przed zagładą. Należą do nich przede wszystkim wieże wyciągowe typu Malakow, i znów trzeba powiedzieć unikalne w Europie. Były budowane na wzór machin oblężniczych, a nazwę wzięły od nazwiska generała, uczestnika wojny sewastopolskiej.

Ile jednak straciliśmy przykładów dawnej myśli technicznej, obiektów mniej znanych niż Malakowy, ale często również cennych ! Jerzy Kosmaty wspominał staczane niemal walki z likwidatorami kopalń o maszyny, budowle, różne urządzenia. Oni zaś argumentowali – mamy „plan złomu”. Doszło nawet do akcji protestacyjnej pracowników zamykanych kopalń w obronie szybu „Chrobry”. Żeby nie znalazł się w „planie złomu” . I udało się. Konserwator zabytków dostrzegł jego wartość historyczną i nie można było go tak po prostu zwalić. Na szczęście, wciąż góruje nad częścią miasta.

Nic jednak tak skutecznie nie chroni obiektów, jak światły ich właściciel, który widzi również ich nową rolę. Szyb „Teresa”, należący niegdyś do kopalni „Thorez” ,usytuowany przy drodze wyjazdowej  w kierunku Nowej Rudy, pięknie zadbany, mógłby właśnie służyć za przykład właściwego wykorzystania zabytków techniki. W latach sześćdziesiątych XX wieku szyby Siostrzane (na Sobięcinie, w pobliżu obecnej Galerii Victoria) przestały służyć celom wydobywczym, ale zachowało się w nich to, co cenne z historycznego punktu widzenia. Od tamtego czasu funkcjonują tam różne firmy, poddano je wewnątrz stosownym modernizacjom, ale ekspert w dziedzinie historii techniki  -Jerzy Kosmaty może tylko ich stan techniczny pochwalić.

Nie wpadajmy jednak w zbytni optymizm, trudno nawet sobie wyobrazić, ile straciliśmy, bezpowrotnie. Czasem zupełnie oficjalnie, jak wieżę szybu  „Barbara” ( rejon ul. Świdnickiej). Konserwator uznał, że nie jest warta zachowania. Resztki zwalonej konstrukcji mogliśmy jeszcze obejrzeć na fotografii.

Tragiczny los spotkał maszynę wyciągową szybu „Irena’ na Sobięcinie, (w pobliżu dawnej siedziby technikum ekonomicznego). Maszyna z 1905 roku była najstarszą w Europie, normalnie eksploatowaną do końca istnienia kopalń. Była pieczołowicie konserwowana z niezwykłą dbałością o każdy zabytkowy detal. Była… dopóki górnicy mieli cokolwiek do powiedzenia. Po zamknięciu kopalni, mimo oficjalnej ochrony konserwatora zabytków, nie oparła się złomiarzom. Pozostało więc z niej niewiele. Po sprzedaży obiektu, oczywiście z zastrzeżeniem dbałości o nią i inne zabytki techniki przez nowego właściciele, w zasadzie jakby przestała istnieć. Teren został szczelne ogrodzony i obwieszony ostrzegającymi tablicami. Wtargnięcie tam miałoby grozić wręcz utratą życia. Jerzy Kosmaty nie zamierzał tam wtargnąć, a jedynie – ustalić, co dzieje się z pozostałościami bezcennego zabytki. Najstarsza, jedyna – gdzie indziej dmuchano by na nią i chuchano, chwaląc się jej posiadaniem przy każdej okazji. U nas uprawnionemu do kontroli nie udało się nawet skontaktować z właścicielem, nie mówić już o sprawdzeniu, co się tam z nią dzieje.

Idźmy dalej tym smutnym szlakiem… Tylko kikuty budowli pozostały po wieży szybu „Wanda” (ul. Reja), podobnie – niewiele po „Krakusie” (rejon ul. 11 Listopada). Martwić się można o przyszłość szybu „Jan” ( w pobliżu skrętu na Biały Kamień). W czasach wybierania węgla z jego filarów ochronnych zaczął się odchylać w różne strony. Chciano to wykorzystać na poprawienie „planu złomu”. Bo gdyby tak sam się wywrócił…A może by tak mu w tym pomóc… W każdym razie zanim spełniły się te niecne knowania, objęta ochroną wieża otrzymała odpowiednie wzmocnienie. Tylko czy pazerni złomiarze, obecnie działający już wg własnego planu czegoś nie wymyślą? Jerzy Kosmaty przedstawił nam do jakich czynów mogą się posunąć np. stopniowo podpiłowywać odpowiednie miejsca konstrukcji. W końcu wszystko runie i wtedy sam konserwator zabytków pozwoli na likwidację wieży. O „Jana” naprawdę trzeba się martwić. Podobnie – o szyb „Chwalibóg” ( na Szczawienku). Czy uchroni go to, że był drugą w Europie wieżą, konstruowaną przy użyciu nitów? Taką technikę zastosowano również podczas budowy wrocławskiego Mostu Grunwaldzkiego.

Na miejscu szyby Kopernik, który miał technologicznie popchnąć do przodu całe Dolnośląskie Zagłębie Węglowe rośnie dzisiaj trawa. Niewiele pozostało po zabudowaniach dyrekcji i wielu innych zakładach kopalni „Victoria”.

– Tyle ważnych momentów mojego zawodowego życia działo się właśnie w tym budynku, począwszy od przyjęcia do pracy. Zadrżało mi serce, kiedy widziałem jego fizyczną zagładę. – wyznał Jerzy Kosmaty.

Cóż pozostanie z kilkusetletniej historii dolnośląskiego górnictwa? Z pewnością – Malakowy; może kiedyś staną się wielką atrakcją Wałbrzycha. Choćby górująca nad miastem z poziomu osiedla Konradów wieża „Tytus”, to ta z pionierską na ówczesne czasy ulokowaną maszyną wyciągową – na górnym poziomie konstrukcji.

Czy kiedyś zostanie znów udostępniona dla zwiedzających Lisia Sztolnia? Ten ukryty pod ziemią zabytek również jest niezwykły. Pod koniec XVIII wieku była to druga w Europie spławna sztolnia, którą transportowano węgiel. Przy okazji stanowiła atrakcję turystyczną, opisywaną przez wielu podróżników.

Czy nie za wcześnie?

A przede wszystkim – czy nie na zbyt pochopnie doszło do zamknięcia kopalń Dolnośląskiego Zagłębia Węglowego? Pod ziemią pozostały miliony ton węgla, o unikalnych cennych właściwościach. Oceniano, że wystarczy go 120 lat wydobycia. Działająca w Wałbrzychu koksownia sprowadza węgiel koksujący z Górnego Śląska, a niezbędny dodatek do niektórych procesów – z USA. Ten importowany z daleka to taki sam węgiel, jaki zalega dosłownie pod nogami wałbrzyszan.

Nasze kopalnie były nieekonomiczne?  Jerzy Kosmaty wyliczał dokładnie, jakie obciążenia miały kopalnie i jak musiało to wpływać na ostateczny rozrachunek. Tymczasem w uzgodnieniu z władzami polskimi obecnie Czesi budują kopalnie, które będą korzystać również z dolnośląskiego węgla.

I jeszcze jeden fakt, o symbolicznym być może znaczeniu. Na miejscu Galerii Victoria były kiedyś kopalniane szyby i przez lata nie wolno tam było niczego budować. Wreszcie osiadło to, co miało osiąść i specjaliści od zachowań górotworów wydali stosowne pozwolenia. Czy w ten sposób zamknęliśmy raz na zawsze węglowy rozdział historii naszego miasta?

Przed wiekami węgiel zadecydował o bycie naszego miasta. Jak więc sobie radzimy, kiedy odcięliśmy się od niego milionami litrów wody, wypełniającej podziemne korytarze?