Teatr – pasją, zawodowym przeznaczeniem; czy również szansą Wałbrzycha?

Kiedy w przedostatnim dniu marca spotkaliśmy się kolejny raz, by poznawać wspaniałe pasje, tym razem – dyrektor Danuty Marosz, kierowany przez nią wałbrzyski Teatr Dramatyczny szykował się do występów w Warszawie.
W czasie gdy na Wałbrzych sypią się zawinione i niezawinione powyborcze gromy, ta artystyczna prezentacja jest szansą pokazania, nie tylko stolicy, innej twarzy miasta.
Zresztą z opowieści naszej „Osobowości z pasją” wyłaniał się również obraz wałbrzyszan – niepokornych i nie takich znów łatwych do złamania przez przeciwności losu (ciosów ostatnie dwudziestolecie nam nie darowało, począwszy od likwidacji kopalń). Danuta Marosz, zanim w 2002 roku została dyrektorem Teatru Dramatycznego, przez wiele lat działała na Piaskowej Górze w instytucji kultury – wówczas Domu Spółdzielcy. Kiedy Spółdzielnia Mieszkaniowa „Górnik” zdecydowała pozbyć się tej placówki, przekonywała kogo trzeba, jaką stratą byłoby zaprzepaszczenie tego dorobku. Jej usilne starania miały decydujący wpływ na to, by „miasto”, jak to się mówi, przejęło Dom Spółdzielcy. Na jego bazie powstał Wałbrzyski Ośrodek Kultury.
Z satysfakcją wspomina czas aktywnej działalności: organizacji różnych Dni, festynów, konkursów itd. Przyznaje, że trochę jej niezręcznie oceniać obecną działalność WOK-u, ale z pewnością w tamtych czasach był bardziej otwarty dla różnych grup wiekowych. Tymczasem do wspólnych działań (za jej czasów) włączały się kolejne roczniki mieszkańców Piaskowej Góry, czasem bardzo niepokornych. Po tym etapie zawodowym pozostały jej liczne kontakty, wciąż ważne dla społecznika i działacza kultury. Bo kogo w młodości rozsadzała energia, a głowa pękała od pomysłów, ten w dorosłości z pewnością pozostanie interesującym człowiekiem. Danuta Marosz zna wielu takich ludzi.
Na głęboką wodę
Choć ceni ten piaskowogórski okres w zawodowej drodze, to chyba to, co miało dopiero nastąpić, uzna za prawdziwą przygodę życia.
– Wiedziałam, że kierowanie teatrem będzie rzuceniem na głęboką wodę, dlatego nie zdecydowałam się od razu, nawet początkowo zignorowałam propozycję. Było to w maju 2002 roku, podczas Dni Wałbrzycha, które dla pracowników WOK-u były jak zwykle kompletnym zakręceniem. Dopiero we wrześniu, po przemyśleniu sprawy, powiedziałam „tak”.
Objęła stanowisko dyrektora w sytuacji dla teatru wręcz tragicznej. Poprzednie kierownictwo odeszło skłócone. Bywa tak w specyficznym, artystycznym światku. Ambicje, emocje, kłopoty z samym sobą lub wiele innych przyczyn sprawiają, że utalentowani artyści i oddani instytucji organizatorzy nie znajdują wspólnego języka. Kończy się to dla tej placówki kultury katastrofą albo przynajmniej trzęsieniem ziemi.
Był początek sezonu 2002/2003, wałbrzyski teatr nie przygotowywał premiery, nawet nie miał żadnej – w planie. Aktorzy byli załamani, pozostali pracownicy czarno widzieli przyszłość, a „życzliwi” we Wrocławiu głośno mówili o likwidacji „chorej placówki”. Teatr Dramatyczny podlega pod Urząd Marszałkowski, więc takie głosy brzmiały bardzo niebezpiecznie.
Walcząc o utrzymanie teatru, wówczas już razem z reżyserem Piotrem Kruszczyńskim (późniejszym dyrektorem artystycznym), przywołała również argument z dziedziny społeczno-psychologicznej. Czy wałbrzyszanie, których po likwidacji kopalń w tamtym czasie gnębiło potwornie wysokie bezrobocie, mieliby jeszcze stracić teatr?
Do Wałbrzycha przyjechała wtedy młoda, i już wykazująca się artystycznymi sukcesami, reżyserka Maja Kleczewska. Jej pomysły na realizację „Lotu nad kukułczym gniazdem” zapaliły do pracy zespół. Pojechali do Stronia Śl. , żeby przyjrzeć się oddziałowi psychiatrycznemu. Reklamowali spektakl, jeżdżąc po Wałbrzychu pomalowanym na biało autobusem i szalejąc, jak prawdziwi wariaci.
Prasa pisała potem o cudzie. Spektakl otrzymał prestiżowe nagrody na Kaliskich Spotkaniach Teatralnych i szybko podbijał serca widzów. Od owej realizacji „Lotu…” rozpoczął się marsz Teatru od sukcesu do sukcesu. Tymczasem tu na miejscu wcale nie tak łatwo udawało się zyskiwać sympatię widzów i… okolicznych mieszkańców. Zrodził się więc m.in. pomysł urządzania dla tych ostatnich specjalnych spektakli, a dla wszystkich gorzej sytuowanych – akcji darowywania biletów przez tych bardziej forsiastych. Dzieje się tak do dziś, a z sąsiadami teatr zawsze trzyma sztamę. Niedawnych przy ich poparciu podjął starania o rewaloryzację kwartału wokół teatru. Złożono już stosowne wnioski.
Tymczasem w Urzędzie Marszałkowskim we Wrocławiu, po jakimś czasie od dramatycznej zapaści naszego teatru, na honorowym miejscu zawisł plakat zawsze z jego aktualnym repertuarem. A krytykowi teatralnemu, któremu wypsnęła się nieszczęsna propozycja likwidacji, co rusz ktoś to wypomina, z dużą dozą zgryźliwości.
Czas sukcesów
Przez lata dyrektorowania Danuty Marosz wałbrzyski Teatr Dramatyczny wyrósł na znaczącą w kraju instytucję kultury. Był miejscem startu, znaczących w następnych latach twórców, choćby reżysera Jana Klaty To prawda, że w przeszłości bywały okresy twórczych sukcesów, ale nigdy Teatr nie doszedł do takiej pozycji. Jeździ po świecie, bierze udział (z sukcesem) w prestiżowych konkursach i festiwalach. U siebie zyskał już stałe grono widzów. Takich, co nie ominą żadnej premiery, ani debaty na poruszane w sztukach tematy. A pozostali wałbrzyszanie, również tacy, którym czasem trochę nie po drodze z obecną linią artystyczną, też nie wyobrażają sobie, by w ich mieście mogło nie być „Dramatu”. W tym miejscu trzeba dodać, że Sebastian Majewski, aktualny dyrektor artystyczny (przejęcie pałeczki od Piotra Kruszczyńskiego odbyło się bez żadnych zgrzytów, o czym z szacunkiem mówią m.in. współpracujący reżyser Monika Strzępka i autor Paweł Demirski) widzom stawia wysoko poprzeczkę.
Nasz Teatr Dramatyczny bardzo liczy się na „kulturalnej” mapie Polski. I znów rodzi się pytanie, jak wtedy gdy np. fascynowały nas skarby wałbrzyskiego muzeum, dlaczego z miastem nie kojarzy się również Teatr i jego sukcesy?
Przez kilkanaście dni warszawska publiczność miała okazję oglądać wałbrzyskie pozycje repertuarowe. To był prawdziwy festiwal naszego Teatru. Do tego artyści w różny sposób starali się podkreślać, że są stąd – z regionu latami związanego z kopalniami. Widownię zdobiły m.in. manekiny w stylizowanych mundurach i strojach górniczych, a swoisty nastrój podkreślał smak cukierków „kopalniaków”, rozdawanych publiczności.
Danuta Marosz opowiedziała trochę o swojej rodzinie. Nie jest jej obca tęsknota za dorosłym dzieckiem, które zagranicą widzi swoją karierę. Mimo tak dużego zaangażowania w pracę zawodową, znajduje jeszcze czas na działalność samorządową. W ostatnich wyborach kolejny raz otrzymała mandat radnej Rady Miasta. Kiedy zaś sama rozważała głośno, co jest jej największą pasją…
– Z pewnością niepoddawanie się wielkim nawet przeciwnościom i poczucie odpowiedzialności. – podsumowała Danuta Marosz.
Prezes Leszek Grodziński wręczył gościowi kosz kwiatów i zapowiedział naszą wizytę w Teatrze Dramatycznym, zajrzymy na jego zapleczu i to w czasie „roboczym”, przygotowywania kolejnej premiery.