Pokonać górę

Góry zawładnęły Marcinem Pokorą. Od kiedy udało się kilka lat temu zrealizować marzenie zdobycia Mont Blanc, myśli już tylko o kolejnej wyprawie. A uczestnicy spotkań „Osobowości z pasją” mają tę wielką przyjemność towarzyszenia mu w tym. Spotkań zaś  nie było od dość dawna, za to kolejna wyprawa z panem Marcinem wynagrodziła wszystkim tę przerwę.

Na co dzień nauczyciel wychowania fizycznego w jednej z wałbrzyskich szkół ponadgimnazjalnych i również pracownik Przychodni Piaskowa Góra kilka lat temu postanowił wyruszać w te – najwyższe. Najpierw było więc Mont Blanc, potem –Monte Rosa. I nie zrażały ponoszone koszty, trudy związane z przygotowaniami, bo bez odpowiednich kursów żaden szanujący się organizator nie zabierze chętnego na wyprawę. Wreszcie – ogromny wysiłek, który dla postronnych, choćby tylko wysłuchujących opowieści, wydawał się czasem  nadludzki.
Wyjazdy są podczas wakacji. Na poprzednim spotkaniu wyznał grupie entuzjastów jego podróży, że na lato 2012 planuje wyprawę na Elbrus, na Kaukazie. Wtedy też  powiedział, że Mont Blanc ofiarowała mu możliwość sprawdzenia siebie, a Monte Rosa dała już wszystko, co podczas takich wypraw przeżywają alpiniści.
Okazało się, że jednak to nie było wszystko. Elbrus boleśnie ukazał mu siłę gór i pozostał dla niego niezdobyty. Pan Marcin zapewnił, że wróci tam i jeszcze wyrówna rachunki.

Na Elbrus

Pojechał ze znaną już sobie specjalistyczną firmą z Wrocławia – Grupa 4 Challenge i ludźmi, których w większości już poznał. Zespół liczył dwanaście osób. Była połowa sierpnia, u nas rozpoczynała się kolejna fala upałów. Jaką niespodziankę pogodową w połowie lata może zgotować kaukaski  Elbrus 5642 m n p m, najwyższy szczyt Rosji, a dla niektórych również Europy? Doświadczeni alpiniści odpowiedzą – każdą!

W dniu planowanego ataku na szczyt było minus 25 C i wiał silny wiatr. Wyruszać trzeba o godzinie 1 w nocy, żeby możliwie najbezpieczniej wrócić jeszcze przed zapadnięciem zmroku. Jadą kolejką krzesełkową z turystycznej miejscowości Azał do Prijutu, nastawionego głównie na przyjmowanie alpinistów. Tutaj – odpoczynek, wszyscy są podekscytowani i trudno zmusić się do snu. Choć rozsądek tak nakazuje, czeka ich przecież ogromny wysiłek. Stąd do szczytu jest 11 km, różnica wysokości wynosi 1400 m. Panuje lodowaty ziąb. A oni jeszcze nie rozgrzali się po podróży „na krzesełkach”. Wkrótce kilka osób odmroziło sobie palce u nóg i rąk, mimo wszelkich zabezpieczeń. Potem w schronisku aż strach było patrzeć, na te obrzęki i płomienną czerwień. W najgorszym stanie był uczestnik, który w porę nie zauważył, że jeden jego but jest minimalnie ciasny. Na trasie nagle stał się niewyobrażalnie niewygodny, co spowodowało odmrożenia. Cały zaś ten dyskomfort wywołał również odwodnienie. Wtedy pan Marcin podzielił się, a właściwie oddał swój zapas wody słabnącemu towarzyszowi, następnie odprowadził go do kolejki. Tymczasem grupa poszła dalej. Koszmarne warunki pogodowe nie pozwoliły im wejść zbyt  wysoko, wędrowali jeszcze 150 m. Nikomu się wtedy nie udało pokonać górę. Zjechali więc do Azału, by odpocząć i poczekać na lepszą pogodę.

Podczas tej wyprawy mieli okazję przekonać się, że w tych groźnych górach nie można nikogo zostawiać nawet na krótko. Widzieli, jak rosyjscy ratownicy zwożą zamarzniętego na śmierć czeskiego alpinistę. Kiedy stało się nieszczęście, był blisko schroniska i wydawało się, że tylko na chwilę zostawiła go grupa. Wypadki zamarznięć zdarzają się tu często.

Turystyka po rosyjsku

Co kraj, to obyczaj… Porównując cywilizacyjną otoczkę wysokogórskich tras, wyraźnie widać prawdziwość przysłowia. Choć trzeba też zrozumieć, że turystyka w tym regionie dopiero się rozwija. Bo jak może być inaczej, skoro Kaukaz od czasów niepamiętnych był szarpany wojnami i do dziś gdzieś daleko w górach nie zdążyły nawet dobrze zardzewieć porzucone czołgi.

Na wysokości 4.2 tys. metrów npm. leży Prijut – właściwie zgrupowanie prymitywnych schronisk, za miejsca w których trzeba słono płacić – w dolarach. Tutaj od ustalania odpowiednich cen zdaje się budzić świadomość, że turystyka jest żyłą złota. Lepiej też nie przypominać sobie, jakie warunki w zachodnich schroniskach mają alpiniści. W Prijucie lokum dla nich urządzono m.in. w dawnych beczkach po paliwie lotniczym i, mówiąc złośliwie, dobrze one pasują do walającego się wokół żelastwa, głównie pozostałościach po działaniach wojennych. Inne turystyczne schrony są równie prymitywne. Do tego warunki sanitarne… Właśnie one stały się przyczyną niepowodzenia.

Przewiało mnie okropnie, kiedy szukałem w miarę czystego WC, jeżeli w ogóle można by tam tak nazwać te miejsca. Te zabezpieczone przed wiatrem były tak brudne, że wprost wejść się nie dało. I skorzystałem z „ażurowej” budki. Zachorowałem i nie było mowy o podjęciu tak wielkiego wysiłku. – tłumaczy pan Marcin.

Pierwsza próba zdobycia góry, jak wiadomo, nie udała się nikomu. Kiedy zaś pogoda stała się znośna, odważyło się pięciu uczestników. Zabrali też flagę Przychodni Piaskowa Góra. I tak, jak widać na zdjęciach, symbolicznie znaleźliśmy się na tej dzikiej górze.

Pobyt w tamtych stronach dał też inne przeżycia. Widzieli lawinę błotną, która wpłynęła na ulice Azału. Zdziwili się też obecnością krów, wędrujących nawet przez centrum miasta. Mile ich zaskoczyła życzliwość mieszkańców, gościnność, no i kuchnia…  Takich szaszłyków baranich pan Marcin w życiu nie jadł.
Choć nie udało się tym razem, pozostało z tej wyprawy wiele wrażeń i wspaniałych przeżyć. Oszałamiającego piękna gór nie da się opisać, lepiej wpatrywać się w fotografie. Trudno też się z tymi obrazami rozstawać. Panu Marcinowi towarzyszą w domu i miejscu pracy, ale są to góry, których jeszcze nawet nie próbował zdobywać… Himalaje. Wierzy, że kiedyś tam się wyprawi. A na razie stara się podnosić swoje kwalifikacje w tej dziedzinie. W tym roku ukończył kurs wspinaczkowy, urządzony w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Myśli już o wiosennym Festiwalu Gór w schronisku Samotnia. Znów znajdzie się w swoim gronie. Tu w Wałbrzychu też nie jest samotnym miłośnikiem wysokich gór. Na podobne wyprawy jeżdżą też Rafał Urbański i Roman Głód, również nauczyciele.