„Osobowości z pasją” – spotkanie drugie

Uczestnicy tego wieczoru byli nie tylko zaciekawieni szeroką wiedzą gości, prezentujących swoje pasje. Poruszane tematy skłaniały też do refleksji; szczególnie w drugiej części – czy właściwie patrzymy na nasze miasto.

O skrzydlatych z sąsiedztwa

Jesteśmy zagonieni i zabiegani. Czy po iluś tam latach po zakończeniu edukacji szkolnej pamiętamy coś jeszcze z wiedzy przekazywanej nam przez panie (rzadziej panów) od takiego czy innego przedmiotu? No, oczywiście jeżeli cząstka tej wiedzy nie jest nam potrzebna na co dzień w pracy zawodowej. A może nas źle uczyli? Takimi refleksjami podzielił się z uczestnikami kolejnego spotkania z cyklu osobowości z pasją prezes Leszek Grodziński. A powodem była pasja jednej z pracownic „Przychodni Piaskowa Góra”, która w najbliższym otoczeniu widzi to, czego zdecydowana większość z nas w ogóle nie dostrzega. Chodzi o naszych skrzydlatych sąsiadów. Spotykamy ich na spacerach, przylatują na balkony, siadają na parapetach. Czasem złoszczą i denerwują. Ten ptasi świat, gdyby spojrzeć na niego uważniej, jest naprawdę ciekawy.

  • Szkoda, że na lekcjach biologii tak mało mówiono nam o otaczającej nas przyrodzie. Przecież to by się nam przydało w życiu, chyba bardziej – niż na przykład dokładne informacje o minerałach, występujących w Ameryce Południowej. Może teraz inaczej uczą w szkołach. – skonstatował Leszek Grodziński.

W każdym razie dla prawdziwych pasjonatów również braki w szkolnej wiedzy nie stanowią przeszkody. Elżbieta Buczek i jej mąż należą właśnie do tej grupy, a pasją ich są ptaki – te, które spotykamy na co dzień. Dla nich każdy spacer, również wyjście na balkon mieszkania na Podzamczu może stać się przygodą. Pani Elżbieta, posiłkując się fotografiami własnymi i „ściągniętymi” z internetu, zabrała uczestników spotkania na taką wirtualną wyprawę do ptasiego świata.

Co tam jest za oknem

Zaskoczeniem może być już samo pochodzenie popularnych obecnie ptaków. Na przykład gołąb domowy, który nas tak często denerwuje, pochodzi od gołębia skalnego. Jego samica aż pięć razy w ciągu roku składa jajka. Tymczasem wróbelek, ten nasz sympatyczny, wcale nie jest ptakiem polskim, pochodzi w Arabii. W Chinach, w okresie „rewolucji kulturalnej” i innych komunistycznych szaleństw został wytępiony jako główny zjadacz na polu zbiorów. Spowodowało to rozrost szarańczy, której był naturalnym wrogiem. Straty okazały się niewspółmiernie większe. Może więc nie prześladujmy już mnożących się tak gołębi, bo jeszcze zjawi się coś zdecydowanie gorszego.
Jak szukać ptaków? Trzeba iść za dźwiękiem, pochylić się nad tym, co brzęczy w trawie – radzi pani Elżbieta. I można zobaczyć, jak pliszka siwa energicznie kiwa ogonkiem, do tego dłuższym niż u innych ptaków. Stąd pewnie wzięło się przysłowie o chwaleniu się ogonem. Ładnie zaśpiewa kolorowa zięba. Przedstawiciele jej gatunków są najliczniej występującymi ptakami w Polsce. Może ich być nawet 20 mln. Śliczne są gile, które spotyka się na zwykłych spacerach, a grubodziób – mocarz wśród ptactwa (siła dzioba mierzona na 50 kg nacisku) po prostu przylatuje do balkonowego karmnika.
Wspaniałe trele trznadla podobno zainspirowały samego Beethovena i w jego V Symfonii znawcy słyszą jakby ptasie dźwięki. Godna podziwu jest siła przetrwania różnych podgatunków sikorek. Niektóre w jednym lęgu mają nawet 18 jajek, ale jedna czwarta z nich nie przynależy do stałego partnera samiczki. Podczas tej wędrówki w świecie ptaków można spotkać kowalika, który w ferworze porusza się po pniu głową na dół. Sójkę rozpoznamy po pięknych modrych piórkach. Skowronka polnego zaś usłyszymy już niebawem, bo przylatuje pod koniec lutego. Śpiewa zaś tylko na określonej wysokości podczas lotu w dół.
Pani Elżbieta opowiedziała wiele ciekawostek z życia naszych skrzydlatych sąsiadów. Dowiedzieliśmy się m.in. o tym, jak inne ptaki wykorzystują dziuple wykute przez dzięcioły ( budują w nich gniazda) albo o długowieczności kruków, dla których czterdziestka to wiek wcale nie taki rzadki albo dlaczego śpiochy nie lubią kosów (bo hałasują już od trzeciej nad ranem). Uczestnicy spotkania nie pomylą już chyba kawki z gawronem. Inaczej pomyślą o zamiłowaniu srok do różnych przedmiotów, co wynika nie ze skłonności do złodziejstwa, lecz ciekawości świata. I do szpaków będą mieli inne nastawienie – z szacunkiem; oswojony może bowiem nauczyć się nawet kilkudziesięciu słów.
Aż nie chciało się opuszczać świata ptaków… Tymczasem czekała nas jeszcze jedna wyprawa.

Nasze miasto – ani szare, ani nieciekawe

Gość wieczoru – Marek Stadnicki, dyrektor wałbrzyskiego Muzeum przedstawił nasze miasto i okolice od nieznanej strony. Poczuliśmy się jak turyści, którzy przybyli oglądać niezwykłości, tylko że miejsca były dotąd uważane za szare i nieciekawe. Prezentując fotografie i opowiadając o tym, co mamy jako wałbrzyszanie w dziedzinie architektury, dyrektor Stadnicki zaczął ten utrwalony niesprawiedliwy obraz zmieniać.
Bo są u nas perełki, jakich nie powstydziłby się Paryż czy Berlin.
W drugiej połowie XVIII wieku działał również tutaj ceniony w Europie architekt Carl Gotthard Langhans. Pochodził zresztą z nieodległej Kamiennej Góry. Wspominają o nim przewodniki turystyczne, podkreślając z dumą, że był autorem projektu berlińskiej Bramy Brandenburskiej i również – wałbrzyskiego kościoła ewangelickiego.
Marek Stadnicki uważa, że choć słynny architekt wniósł znaczący wkład w rozwój miasta, to dopiero jego pomocnik a później samodzielny twórca, Leopold Niederecker (syn) zadecydował o kształcie starej części Wałbrzycha. Określa to parafrazą historycznego powiedzenia, że zastał Wałbrzych drewniany, a zostawił murowany. Tymczasem Leopold Niederecker – tak ojciec jak i syn zostali u nas całkowicie zapomniani. Zupełnie odwrotnie, niż tuż za granicą, w Czechach, gdzie choćby w Trutnowie stosowna tablica na jednej z kamienic wspomina ich zasługi.
Leopold młodszy szczególnie upodobał sobie Wałbrzych, poczuł się nawet jakby jego rodowitym mieszkańcem, choć rodzina pochodziła z Austrii, a on sam urodził się w Czechach. Zaprojektował i poprowadził budowy kilkudziesięciu obiektów w naszym mieście, najbardziej znane to m.in., Pałac Albertich (obecna siedziba muzeum) i Biblioteka pod Atlantami. W Rynku, oprócz kilku barokowych kamieniczek i obiektów późniejszych, wszystkie inne są dziełem Niedereckera. Działał wspólnie ze słynnym Langhansem, obaj zaś reprezentowali w architekturze klasycyzm.
Czasem trudno odróżnić, którego z nich akurat pomysł był realizowany. Jak choćby kształt eliptycznego wzoru, który Langhans zobaczył w Paryżu na balonie braci Montgolfier i wykorzystał w różnych formach architektonicznych. Korzystał z tego również Niederecker. Można go zobaczyć m.in. na kamienicy Kelnera w Dzierżoniowie i w takim drobiazgu, jak balustrada na bocznych schodach w wałbrzyskim Muzeum.

Ocalić od zapomnienia

Słuchając opowiadania pasjonata historii architektury zdawało się nam, że nie tylko zwiedzamy miasta, lecz – zostaliśmy wręcz wciągnięci w „śledztwo”. Gdzie jeszcze odkryjemy dzieło zasłużonego architekta? Co ukaże się naszym oczom za skromną klatką schodową? Jakie zaskakujące rozwiązanie tu zastosował ? I nieraz nas zadziwiał, gdy np. na pierwszym piętrze „zwykłej” kamienicy ukazywała się wspaniała sala z kolumnami i wieńczącą ją kopułą.

  • Nie pamiętamy o Niedereckerze, nie chwalimy się jego dziełami,. Czy nie byłoby warto poświęcić mu przynajmniej tablicę pamiątkową? Tak przecież uczynili Czesi. – sugerował Marek Stadnicki.

I uczestnicy spotkania przyznali mu rację.